Kabrioletem do Gruzji

0
34

Husaria Rally to charytatywny rajd starymi samochodami do Gruzji. Pomysł zorganizwania takiego raju zrodził się w wśród uczestników rajdów Złombol, którzy chcieli pojechać dalej trudniej i inaczej. Ogólnie wiele rzeczy chcieli zrobić inaczej niż na Złombolu.

Na czym polegała charytatywność rajdu ? Każda z załóg musiała zebrać minimum 1500 zł na rzecz Organizacji Pożytku Publicznego. Organizacji uzgodnionej z organizatorem. Było to takie wpisowe każdej załogi. Datki zbierało sie przez wpłaty bezpośrednio na konto organizacji. Nasza załoga Boruta Team – Mobilna Baza Rebeliantów zbierała na fundację Pro Spe z Rzeszowa. Fundację ks. Macieja Gierula która wspiera niepełnosprawne i ubogie dzieci w Gruzji. A takich tam nie brakuje.

Ponadto każda z załóg juz według własnego uznania zbierała przeróżne rzeczy, dary dla dzieci. Dary te wieźliśmy dla dzieci ze wsi okolic miasta Gori. Były to gry , zabawki, ubrania i co kto sam wymyślił. Te rzeczy zabieraliśmy ze sobą i wieźliśmy w naszych samochodach, tak  żeby przekazać bezpośrednio na miejscu. Gdzie i co zawieźć to wszystko było organizowane było  we współpracy z burmistrzem miasta Gori.

Nasz zespól otrzymał informację że jest potrzebny wózek inwalidzki i takowy wózek podarował nam Hubert Więckowski z Wyszogrodu.  Wózek oczywiście został zawieziony i przekazany. Pozyskalismy również czapki i zabawki z firmy PKN Orlen naszego sponsora wyprawy, karton latarek z firmy Zipp skutery, vgadżety z firmy Renault Pasikowski Płock oraz ubrania i gry od wielu innych  darczyńców.

Trasa rajdu wiodła prze cała Europę: Słowację , Węgry, Rumunię, Bułgarię , Turcję ( przez most na Bosforze ) i dalej Turcją do Gruzji. Było to 4 tys. kilometrów w jedną stronę.

Husaria Rally to był najtrudniejszy i najdłuższy rajd charytatywny jaki startował z Polski. Ponieważ ruszał po raz pierwszy wszyscy mieli wiele obaw organizacyjnych. Mieliśmy wiele obaw szczególnie o Turcję. Turcja to kraj w którym  cały czas jest  utrzymywany stan wojenny. Kraj muzułmański na styku wojny. A my jedziemy tam jako Husaria Rally. Sama nazwa może w dzisiejszych zaognionych czasach podsycać złe nastroje. Ponadto nasz samochód Renault 19 Cabrio był oklejony w barwy narodowe i to w sposób szczególnie rzucający się w oczy. Na obu bokach samochodu były naklejki z olbrzymią głową orła w barwach narodowych.  A na całej masce naklejka z trasą rajdu i wizerunkiem rycerzy Husarii. Nasz samochód wyglądał mocno narodowo. Zresztą my jako załoga prawie cały czas chodziliśmy w bluzach biało czerwonych z napisami Polska. Ot takich kibicowskich. Jak sie później okazało było to  bardzo korzystne szczególnie przy kontrolach granicznych.  Szalonych ludzi się za mocno nie czepiają .

Wystartowaliśmy 2 września z Warszawy, z Bemowa. Praktycznie cala droga w przez Polskę i Słowację w deszczu.  A my na dokładkę od początku jechaliśmy z awarią samochodu. Jeszcze przed startem ujawnił sie problem z włączeniem rozrusznika. Na początku szybka diagnoza spalony przekaźnik szybka wymiana i jedziemy dalej. Przecież rozrusznik musi być dobry, jeszcze w Gdyni był sprawdzany. Jak się  później  okazało to automat rozrusznika brał za dużo prądu i kolejne przekaźniki co chwilę padały. Aż  do całkowitego skończenia się rozrusznika. Tak więc przez Polskę juz jechaliśmy nie gasząc silnika lub tak ustawiając samochód  żeby sie go dało uruchomić na pych. Ponieważ non stop lało, a Słowację i Węgry znamy, polecieliśmy szybko za jednym zamachem na Rumunię żeby nadrobić trochę czasu na naprawę rozrusznika. Zresztą  gdzie w sobotę w nocy można na trasie coś naprawić ? Zresztą „Jak się da to się jedzie dalej”. W Rumuni trasę Transfogorską, którą już kiedyś przejechałem zamieniliśmy na Transalpinę. Był to naprawdę dobry wybór. Transalpina jest najwyżej położoną drogą w Rumuni. Ma długość 146 km i w najwyższym punkcie osiąga 2145 m. Do tego masa serpentyn i  super widoki górskie które warto zobaczyć. W naszym przypadku dodatkowa trudność to brak rozrusznika. Na korzyść musimy zaliczyć wyśmienitą pogodę jaka sie nam trafiła na czas przejazdu  Transalpiny. Mogliśmy przeżyć ocieranie się o brzuch chmury i wjazd w nią niczym lot samolotem.
Przy zjeździe z trasy przeżyliśmy super burzę z walącym się drzewem przed nami no i zdławieniem silnika przy tym. Ponieważ ja byłem kierowcą winowajcą musiałem wyjść z samochodu na ulewę i go pchnąć czyli musiałem zastąpić rozrusznik. Nikt nie chciał wyjść z samochodu a my staliśmy na środku drogi i tworzyliśmy korek.

W deszczu uciekliśmy z Rumuni do Bułgarii aż pod samą granice turecką. Mięliśmy dzień zapasu w stosunku do innych załóg co pozwoliło nam poświęcić go na naprawienie rozrusznika. Po odwiedzeniu kilku serwisów i przekazywaniu nas do coraz to innego specjalisty dotarliśmy do głównego speca od elektryki w mieście. Pozostawiliśmy samochód a my mięliśmy wrócić po paru godzinach. I tak się stało. Renia zaczęła sama palić. A my poczekaliśmy na dwie załogi: Żuka i Poloneza. W międzyczasie znaleźliśmy super knajpeczki z lokalnym jedzonkiem i jeszcze lepsze spanko w malutkim hostelu. Wieczór minął nam na integracji z załogą Żuka „Grzmiacy Rydwan” i Poloneza „Limbowa najlepsza ulica w Gdyni”.
Kolejnego ranka razem wystartowaliśmy na granicę Turecką w trójsamochodowym konwoju. Wybraliśmy małe przejście graniczne i szybko nam poszło, w sumie jakieś 1,5 h czyli bardzo szybko. Na granicy tureckiej przechodzi sie 4 kontrole. Tylko Polonez Limbowa miał problemy ponieważ miał ubezpieczenie tzw. Zielona kartę wypisaną ręcznie. Robili jakieś problemy, że to nie jest prawidłowo. Nie chcieli go przepuścić. Żądali żeby wykupił na miejscu drugie ubezpieczenie. Po wielu dyskusjach w końcu uznali że to ubezpieczenie może być . W końcu na granicy też by mu nowe wypisali ręcznie. Ot taka graniczna logika.
Po odprawie mogliśmy pognać na Istambuł . Oczywiście wracając do naszego ulubionego zajęcia wypatrując znowu serwisu samochodów, ponieważ bułgarska robota okazała sie nie za solidna i juz przed przejściem granicznym rozrusznik odmówił posłuszeństwa. Tak więc kontrole graniczną robiliśmy bez gaszenia silnika. A i te nasze 1,5 h było super czasem ponieważ były załogi którym ze staniem w kolejce zajęło to ponad 7 h.

A Istambuł jak to Istambuł, zrobił wrażenie na wszystkich. Mega miasto. Żeby je przejechać to ponad 100 km 20 milionowej metropolii z wieżowcami super autostradami i oczywiście w centrum zakorkowanymi. Pozwoliliśmy sobie na wjazd do starego Stambułu i to był niezły samochodowy rolercoaster. Trąbienie, jazda na styk, wciskanie się wszystkich wszędzie i do tego ludzie biegający między samochodami. A my musimy jakoś sie trzymać trzema samochodami w kupie. Mnie tam się podobało. Jazda szalona.
Po  zwiedzeniu błękitnego meczetu i jego okolic ruszyliśmy w dalszą drogę. Pojechaliśmy do miejscowości Adampol  po turecku Polonezkoy, tłumacząc na polski „polska wieś”. Wieś założona  prze emigrantów z Polski w połowie XIX wieku w trakcie zaborów. Do dziś utrzymuje polski charakter. Do dziś tradycyjnie zawsze wybierany jest Polak na wójta choć Polaków tutaj jest juz nie wielu..

W Polonezkoy przenocowaliśmy na dziko. I było dziko ponieważ w nocy przyszły pod nasz nocleg dziki. Na szczęści nie zrobiliśmy im krzywdy.

Rankiem ruszyliśmy do Samsun. Przejazd przez góry tureckie. Z rana początek to wyjazd z Istambułu zatłoczona autostradą turecką a później zjazd na zwykłą drogę na tzw. krajówkę turecką. Tylko że ta krajówka w żadnym miejscu nie miała mniej niż dwa pasy, a często o wiele więcej. Wszyscy nas ostrzegali uważajcie bo jedziecie zwykłą drogą, a nie autostradą. Trzeba zwracać uwagę na ograniczenia prędkości. Miasto 50 km/h a czasami ciekawe 82 km/h. Drogi w Turcji to rewelacja. Asfalt przepiękny równiutki. W miastach miejscami otoczenie przy drogach wygląda tak jak by mieli konkurs na klomby i kwietniki. Normalnie jak w Ciechocinku tylko ,że przez dziesiątki kilometrów.
W Samsun wylądowaliśmy na małym campingu nad samym morzem przy ośrodku olimpijskim. Szkoda że nie było czasu bo można było pośmigać na nartach wodnych.
Kolejny dzień to prawie 600 km jazdy turecką super drogą.  Cały czas brzegiem morza. Nie omieszkaliśmy z tego skorzystać i kąpiel w Morzu Czarnym uskuteczniliśmy.
Do wieczora dotarliśmy na granice gruzińską gdzie kolejka choć spora w miarę sprawnie się poruszała. W nocy zajechaliśmy na nocleg do Batumi do hostelu prowadzonego przez przesławnego Polaka Tomka. Tomek to dusza okolicznych Polaków. Każdy Polak który sie pojawi w Batumi musi do Tomka zawitać. Hostel ma swój czaderski i luzacki klimat.

Mnie Tomek na powitanie powalił z nóg okrzykiem „Borutaaa !!!” ściskając i wręczając browara w garść . Muszę poznać że  byłem nieźle  miło zaskoczony. Jestem pierwszy raz w Gruzji a już mnie tu znają. Okazało sie że to moje dziecko, które tu było rok wcześniej poznało Tomka i na wieść że ojciec zbliża się do Batumi to na pewno do Tomka trafi, Tomek otrzymał na fb moje zdjęcie i info o mnie i dalej nie trzeba opowiadać. Tak więc wszystkim polecam Tomka i Fredom Hostel  Batumi.  Jak będziecie to pozdrówcie Tomka od Boruty. Klimat Fredom Hostel rozciąga się na okolicznych Gruzinów.
U sąsiada Gruzina w mikroserwisie zostawiliśmy naszą Renię Cabrio na naprawę rozrusznika. Naprawa się udała i w końcu nasze auto odzyskało sprawność. Sam proces naprawy wymaga oddzielnej opowieści. Serwisowanie i naprawy w Gruzji to jest klimat i wyzwanie.

W każdym bądź razie Renia z Batumi wyjechała super sprawna i gotowa do jazdy do naszej mety rajdu do Uplisciche koło Gori. Trzeba się było tylko przebić przez szalejących na drogach Gruzinów.
Motoryzacja w Gruzji to kolejny dłuższy temat.  W skrócie tylko powiem tak Gruzin musi być zawsze pierwszy. Planowanie ma na 2 metry. Samochody nie przechodzą okresowych przeglądów jak u nas.  Więc skoro jeżdżą to się nadają do jazdy. Ubezpieczeń obowiązkowych nie ma. W zasadzie to taka wolność na drodze. W tym szaleństwie jest metoda. Dużo się trąbi. Kierunkowskazów sie prawie nie używa ale i tak wszyscy wiedzą kto i gdzie jedzie. Trzeba jechać  zdecydowanie i czytelnie. Mnie się po Gruzji jeździło bardzo dobrze. I co jeszcze wszyscy uczestnicy rajdu zwrócili uwagę. Żadna z załóg nie widziała wypadku w Gruzji, a na drogach się naprawdę dzieje.

Na metę Uplisciche  dojechaliśmy wieczorem. Burmistrz Gori urządził nam poczęstunek i gruzińską muzykę. Mieliśmy prawdziwy gruziński wieczór. Na co my im z naszych gardeł przekazaliśmy polską muzykę.
Kolejnego dnia wypakowaliśmy dary które były przywiezione dla dzieci w Gruzji. Każdy z przeróżnych zakamarków wyciągał dobra. Składaliśmy na kupę  by później to zawieść do dwóch przedszkoli.
Dzieci jak to dzieci, urządziły nam przedstawienia z gruzińskimi tańcami. Maluchy były tak sympatyczne że serce się ściskało na ich widok. Jadąc do przedszkoli zobaczyliśmy ich wioski. Są to naprawdę biedni ludzie a pomimo tego bardzo gościnni. Wracając z przedszkoli mieliśmy problem przejechać przez wieś. Zapraszali nas do domów, częstowali na drodze.
Wieczorem jeszcze jedna z załóg przywiozła laptopa dla jednego chłopca w Gori. I to z ostatnim noclegiem na mecie  było zakończeniem rajdu. Po tym rano wszyscy się rozjechali na indywidualne zwiedzanie i krążenie po Gruzji.  Ale to już temat innej opowieści.

Paweł Kłobukowski (Boruta)

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*