Ostatni zgasi światło

0
6

ikona felieton mała

     Pamiętam jeszcze te czasy. Banki służyły ludziom. Ich działalność wyglądała tak. Zamiast trzymać pieniądze w sienniku, wpłacało się je na tak zwaną książeczkę oszczędnościową. To takie ówczesne konto. Pieniądze, które tam przebywały, były oprocentowane. Zanim zaczęła się w Polsce super i hiperinflacja – nawet wyżej niż inflacja. Na wkładach można było więc zarobić. Nie były to kokosy, ale zawsze coś.

Banki z pieniędzy trzymanych na książeczkach udzielały kredytów i pożyczek. Ich oprocentowanie było oczywiście wyższe niż oprocentowanie wkładów. Różnica między tymi procentami stanowiła zysk, z którego bank żył. Tak w dużym uproszczeniu to wyglądało.

Jak wygląda to teraz, nie wszyscy zdają sobie sprawę. Pieniądze, zamiast na książeczkach, przebywają na tak zwanych kontach. Dostęp do nich jest faktycznie prostszy niż kiedyś. Co z tego. Kiedyś były oprocentowane i zarabiały. Dziś większość kont, nie tylko nie jest oprocentowana (lub oprocentowanie? wynosi np. 0,3%), ale na dokładkę generuje opłaty. Opłaty dla banku oczywiście. A to za obsługę konta. A to za wydanie karty do bankomatu. A to za jeszcze coś innego. W ten sposób bank zarabia na wkładach. Robi nam łaskę, że trzyma nasze pieniądze. Łaskę, za którą w większości wypadków trzeba jeszcze sporo dopłacić.

Co do kredytów, to też nie jest tak jak kiedyś. Inflacji prawie nie ma (za 2013 rok było 0,9%, a za 2014 tylko 0,2%), ale oprocentowanie wyższe niż kiedyś. Tak więc te kiedyś szacowne instytucje zarabiają dosłownie na wszystkim. I na naszych wkładach, i na naszych kredytach.

Nie dziwi więc chyba nikogo fakt, że niezależnie od kryzysu, który nawet nie wiadomo czy się skończył, zarabiają – i to cały czas. Różne branże dostały w tym czasie po kieszeni. Banki są cały czas do przodu. Rosną więc pensje prezesów, które w wielu wypadkach przekraczają już kilka milionów złotych rocznie. Chudną portfele kredytobiorców. Szczególnie tych, co kiedyś, zresztą za namową banków, wzięli kredyty w obcych walutach. Szczególnie we frankach szwajcarskich, których kurs tańczy tak, jak mu zagrają. Banki oczywiście.

To co wyprawia się teraz, kiedyś uznano by za lichwę. Wyobraźcie sobie taką sytuację. Młodzi ludzie biorą w banku pożyczkę na mieszkanie. W 2007 roku, po przeliczeniu franków na złotówki, jest to 420 000 zł. Celowo nie przeliczam tego na franki, bo do wzięcia kredytu w tej walucie namówił ich pracownik banku. Miało być podobno wspaniale i dla pożyczkobiorców korzystnie. I jest!!!! Tyle, że jedynym, który na tym korzysta, jest bank. Po siedmiu latach spłacania kredytu (raty wylicza bank), dług, oczywiście w złotówkach, wynosi teraz (sic!) 580 000 zł. Utuczył się więc przez te siedem lat nielicho. Znacznie powyżej inflacji w Polsce. Mimo tego, że cały czas jest sumiennie spłacany. Jak tak dalej pójdzie, to po kolejnych 27 latach okaże się, że kredyt nie tylko nie został spłacony, ale wręcz jest jeszcze większy niż był. Bank zabierze niespłacone przecież mieszkanie, a niemłodzi już wtedy ludzie zostaną na lodzie. Z przysłowiową ręką w nocniku. Zachciało im się własnego mieszkania, to teraz cierpią.

Taka sytuacja jest spowodowana brakiem reakcji ze strony państwa. Dokąd banki były polskie, można było w tej materii coś zrobić. Dziś, wszystkie które się liczą, są własnością banków zachodnich. Na starcie, na wejściu do Unii, to tamte miały więcej pieniędzy i więcej doświadczenia w działaniu w takich warunkach. Nasze banki zostały więc po kolei wykupione. Teraz mamy tego efekty.

Problem dotyczy zresztą nie tylko banków. Zdecydowana większość sklepów (tych największych) jest w rękach firm zachodnich. Na polskim rynku handlują polskim towarem. Zyski w większości przypadków wyjeżdżają na zachód, albo do tak zwanych rajów podatkowych. W przypadku banków też. My mamy z tego przysłowiowy guzik. Wystarczy poczytać statystyki.

Ciągle za to gonimy kraje unijne. Gonimy i gonimy, ale jakoś dystans się nie zmniejsza. Jak ma się zresztą zmniejszać, jeśli ciągle jesteśmy przejmowani, wykupywani i oszukiwani. W interesach, przy podatkach i przy pensjach. Czy można się więc dziwić młodym ludziom, że wyjeżdżają na zachód. Na zachód, gdzie mają szansę na lepsze życie. Tam chociaż mogą uczciwie zarobić.

W 2013 roku statystyczny Szwajcar zarabiał netto 17 752 zł miesięcznie, Duńczyk 13 409, Irlandczyk 9 317, Niemiec 9 082, Anglik 7 301, a Polak tylko 2 669 zł. Więcej zarabiali też, biedni podobno, Słoweńcy, Chorwaci, Grecy, Estończycy czy Turcy.

Jak nic się nie zmieni, to za parę lat ostatni zgasi światło. I nie pomoże nawet niechęć Camerona.

 

Piotr Gadziński