(Punkt widzenia) Nóż się w kieszeni otwiera!

0
10

ikona felieton

Nie dość, że każdy początek nowego roku szkolnego to poważny stres większości rodziców, to jeszcze banki mamią kredytami. Ktoś spyta, o co tu chodzi? Ano o to, że o pomstę do Nieba woła nawet sam już pomysł, a może raczej jego przyczyna. Już wyjaśniam. Szkolna wyprawka słono kosztuje – książki, zeszyty ćwiczeń i te zwykłe, kredki, farby, strój gimnastyczny, kapcie i buty sportowe… Nie wspominając o tym, że dziecko z ubrań wyrasta i to często dzieje się akurat w czasie wakacji. Nagle spodnie za krótkie, buty za małe.

Rzeczywiście to żadna nowość, zawsze tak było. Zawsze dzieci wyrastały, zawsze trzeba było kompletować wyprawkę szkolną. I zawsze jakoś na to rodzicom starczało – jednym łatwiej, innym trudniej. Kto kiedyś słyszał, żeby na szkolną wyprawkę trzeba było brać kredyt? No jakoś tego nie ogarniam. Młodsze rodzeństwo używało podręczników po starszym bracie czy siostrze, teraz się nie da podobno. Słyszymy, że nasi rodzice czy nawet dziadkowie uczyli się w pierwszej klasie z jednej książki, to nas to dziwi. Bo teraz pierwszaki mają do polskiego książkę i dziesięć (sic!) zeszytów ćwiczeń, cos tam do matematyki, angielskiego i oczywiście do religii. To straszne. Tyle podręczników dla jednego malucha.

Czasy są ciężkie, ludzie na ogół kiepsko zarabiają, więc banki ruszyły do ataku. Nie wymienię tu oczywiście żadnego z nazwy, bo reklamy mają i tak dosyć. Ale naprawdę nóż się w kieszeni otwiera, gdy słyszymy o KREDYCIE NA SZKOLNĄ WYPRAWKĘ. Ratunku! Do czego to doszło, żeby nie starczało rodzicom na szkolne przybory.

Zachodzi tu pytanie o przyczyny takiego stanu rzeczy. Czy ludzie tak mało zarabiają, czy te wszystkie książki, zeszyty itp. są tak drogie, czy jest tego zwyczajnie zbyt dużo potrzeba, czy świat stanął na głowie? A może jest jeszcze jakaś inna, tajemnicza przyczyna?

Nika