Chyba sprostałam wyzwaniu

0
115

Wrzesień 2012 roku. Z burmistrzem Piotrem Osieckim podczas wmurowywania kamienia węgielnego pod budynek nowego żłobka

W 2010 roku weszła do rady miasta nie mając wcześniej nic wspólnego z lokalną polityką. „Zrobiła” przy tym tak dobry wynik, że została przewodniczącą rady miasta. O kadencji samorządu 2010-2014 opowiada Jolanta Gonta, od 2014 r. starosta sochaczewski.

Startując do rady miasta w 2010 roku nie miała pani doświadczenia samorządowego. Jak udało się uzyskać tak znakomity rezultat?
To nie jest tak, że nigdy nie angażowałam się politycznie. Zawsze miałam poglądy prawicowe. W czasach „Solidarności”, jeszcze w liceum, za działalność polityczną spotkały mnie nieprzyjemności. Wracając do kwestii mojego startu w wyborach 2010 roku wpływ na to miała niewątpliwie moja świętej pamięci mama, która bardzo angażowała się w politykę jako odbiorca przekazu medialnego. Była osobą dość schorowaną, bez szansy na częste wyjścia z domu, dlatego TVP INFO stanowiło dla niej rodzaj okna na świat. Siłą rzeczy ja też miałam jakiś ogólny ogląd na sytuację polityczną w kraju. Kluczowym momentem było zbieranie podpisów poparcia w wyborach prezydenckich w 2010 roku. Muszę zaznaczyć, że moja mama nigdy nie narzucała wprost swojej woli. Dlatego, gdy po raz kolejny usłyszałam, że ona by te podpisy zbierała, gdyby zdrowie jej pozwoliło, zdecydowałam, że pomogę i pozbieram je w jej imieniu. W krótkim czasie udało mi się zebrać tych podpisów dość dużo. Sprawdziłam, gdzie jest siedziba Prawa i Sprawiedliwości w Sochaczewie i zawiozłam je tam. Biuro prowadziła wtedy pani Beata Fastyn. Przyjęła mnie z dużym zdziwieniem, bo ktoś niezwiązany z lokalnymi strukturami PiS przywiózł „karton” podpisów z poparciem. Wtedy myślałam, że będzie to mój ostatni kontakt z czynną polityką.

Jednak, jak wiemy, na tym się nie skończyło.
Na każdej karcie z poparciem musiał być odnotowany kontakt do osoby zbierającej podpisy. W ten sposób biuro PiS skontaktowało się ze mną, prosząc o spotkanie. Byłam przekonana, że przy zbieraniu podpisów zrobiłam coś nie tak i trzeba będzie to sprostować, więc przystałam na spotkanie. W jego trakcie padła propozycja, żebym wystartowała z list PiS w wyborach samorządowych w 2010 roku. Potrzebowałam kilku dni na przemyślenie tematu i skonsultowanie go z rodziną. Ostatecznie zgodziłam się na kandydowanie.

Nie wyjaśnia to jeszcze pani pierwszej pozycji na liście.
Przed wyborami PiS zbierało od mieszkańców ankiety, jakich zmian potrzebuje Sochaczew. Organizatorem przedsięwzięcia był poseł Maciej Małecki.  Wiedząc, że posiadam wiedzę w dziedzinie analiz i badań statystycznych, poprosił mnie o opracowanie wyników ankiety. Podeszłam do tego zadania bardzo poważnie, ale nie sądziłam, że moja analiza stała na jakimś wysokim poziomie. Ku mojemu zaskoczeniu z Ośrodka Badania Opinii Publicznej, do której wysłane zostało opracowanie, przyszła informacja, że materiał został znakomicie przygotowany. Być może dlatego poseł Małecki zaproponował, żebym bardziej zaangażowała się w prace sztabu. Pamiętam, że trochę się wzbraniałam z uwagi na pracę w Warszawie. Jako osoba, która większość czasu spędzała w stolicy i nie była znana w sochaczewskim środowisku, raczej nie spodziewałam się wielu głosów w wyborach. Mimo to pan poseł zaproponował mi pierwsze miejsce na liście.

Jak pani zareagowała?
Pomyślałam, że to bardzo duże wyzwanie, a niewejście do rady z takiej pozycji przyniosłoby na pewno wstyd. Zgodziłam się jednak i zaczęłam się przykładać do prowadzenia kampanii wyborczej. Skupiłam się na bezpośrednim kontakcie z mieszkańcami mojego okręgu. Jak się okazało, strategia była skuteczna. Po wyborach rada, mając na uwadze moje doświadczenie zawodowe, uznała, że najlepiej nadaję się na stanowisko przewodniczącej. Mimo obaw, czy sobie poradzę, chyba sprostałam wyzwaniu.

To była duża zmiana jakościowa. W poprzedniej kadencji sesje trwały osiem godzin i dłużej, za pani czasów dwie godziny wystarczały, żeby zrealizować porządek obrad.
Na początku był pewien opór ze strony części radnych. Chyba wynikało to z przyzwyczajeń. Kiedy zostałam przewodniczącą,   odsłuchałam protokoły z poprzedniej kadencji. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego ludzie decydowali się na spotkanie trwające dziesięć godzin, kiedy samo meritum zajmowało godzinę do dwóch. Przecież są komisje. Każdy z radnych zasiada zazwyczaj w kilku. Podczas tych komisji można długo debatować i zadawać pytania aż rozwiane zostaną wszelkie wątpliwości. Samo spotkanie na sesji powinno być momentem wcielenia wcześniejszych ustaleń w życie w postaci podjętych uchwał, a nie okazją do wytykania, kto co zrobił źle i udowadniania, czemu się mylił. Dlatego, korzystając ze swojego prawa, jako przewodnicząca dbająca o porządek obrad, z całą stanowczością nie pozwalałam na odchodzenie od merytoryki. Szybko okazało się, że w dwie godziny można wyczerpać porządek obrad. Po pewnym czasie zaczęli to doceniać nawet ci radni, którzy wcześniej byli oburzeni, że odbieram im głos. Cieszę się, że mój następca Sylwester Kaczmarek kontynuuje te zdrowe zasady w prowadzeniu sesji.

Kadencja 2010-2014 przeszła na pewno do historii z uwagi na problemy we współpracy władz miasta z ówczesnymi władzami powiatu. Jak radni miejscy, jako ciało nadzorujące pracę burmistrza, odbierali te kłopoty?
Bardzo często brałam udział w spotkaniach burmistrza ze starostami. Pamiętam, jakie było to dla mnie przykre z punktu widzenia mieszkanki Sochaczewa, że na przykład nie było możliwości wyremontowania jednej z najważniejszych dróg w mieście, ulicy Staszica, tylko dlatego, że rządzący powiatem na wszelkie nasze propozycje odpowiadały „nie, bo nie”. W pewnym momencie władze Sochaczewa zadeklarowały nawet, że wezmą na siebie większość kosztów tej inwestycji. Nie potrafiłam też postawy powiatu zrozumieć z punktu widzenia ekonomisty. Dopiero po czasie zaczęłam nabierać podejrzeń, że chodzi tylko o to, żeby mieszkańcy nie odnotowali politycznego sukcesu burmistrza. Muszę powiedzieć, że obrzydliwe było dla mnie to, że ktoś prowadzi grę polityczną z taką szkodą dla sochaczewian. Przecież to wszystko dało się zrobić. Wystarczy spojrzeć, ile ulic powiatowych na terenie miasta zostało wyremontowanych od początku kadencji 2014-2018.

A jak w kadencji 2010-2014 układała się współpraca w koalicji?
Wszystko było dobrze ułożone i świetnie funkcjonowało. Staraliśmy się jak najczęściej spotykać i przepracowywać wszelkie rozbieżności. Nawet jeśli były jakieś konflikty, szybko je rozwiązywaliśmy, co pozwalało na wypracowanie wspólnego stanowiska. W sprawach szczególnie trudnych potrafiliśmy spędzić sporo czasu na wzajemnym przekonywaniu się, nie brakowało różnic zdań. I uważam, że to było cenne. Oznaczało, że obu stronom zależało, żeby jak najlepiej zadbać o mieszkańców miasta. Mogliśmy różnić się co do wizji, ale cel był jeden. Dlatego zawsze w końcu dochodziliśmy do konsensusu.

Jak zmienił się Sochaczew przez te cztery lata, kiedy zasiadała pani w fotelu przewodniczącej rady?
Poprawił się stan ulic, a to ze względu na zaproponowany przez burmistrza Piotra Osieckiego program „Drogi zamiast błota”. Udało się zrewitalizować wzgórze zamkowe, co okazało się zarzewiem trwających do dziś zmian na terenie podzamcza. Kramnice miejskie zyskały nowy wygląd, godny jednego z najbardziej charakterystycznych punktów na terenie miasta. Ale chyba największym osiągnięciem było to, że zakopaliśmy w ziemi sto milionów złotych (śmiech). Jednej z najpoważniejszych w tamtej kadencji inwestycji na co dzień nie widać. Ogromnym kosztem skanalizowane zostało właściwie całe miasto. Miejski żłobek udało się przeprowadzić z dwóch mieszkań w bloku do nowoczesnej, przyjaznej dzieciom siedziby. Wyremontowaliśmy most w ulicy Płockiej. Pod koniec kadencji oddaliśmy do użytku pasaż im. Wacława Duplickiego w Chodakowie. Dbaliśmy też o poprawę infrastruktury szkolnej, np. powstała piękna i nowoczesna hala gimnastyczna przy SP nr 4. Patrząc z perspektywy, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że udało nam się przeprowadzić wiele inwestycji ważnych dla mieszkańców Sochaczewa. Na pewno miałam to szczęście, że jako przewodnicząca rady mogłam współpracować ze znakomitym gospodarzem miasta burmistrzem Piotrem Osieckim. Zresztą nadal, już jako starosta, cenię sobie tę współpracę.

Rozmawiał Sebastian Stępień