Felieton Balbiny

0
45

Fascynujące wróżenie i rosyjska ruletka

Przed kilkoma dniami przedstawiciele rządu wróżyli (nie wiadomo z czego), że jeszcze w przedświątecznym tygodniu osiągniemy wynik 30 tysięcy zakażonych koronawirusem dziennie. I jest! Mam niemiłe wrażenie, że ktoś tu manipuluje danymi. Nawet nie ma jak tego sprawdzić. Był taki młody człowiek, który ogarniał statystyki dotyczące zarazy i któremu się chciało robić profesjonalne zestawienia. Niestety! Jego wyniki nie zgadzały się z tym co podawało ministerstwo. Rządowych wreszcie olśniło. Sanepidy dostały zakaz publikacji danych dotyczących powiatów. Bo jakby ktoś się uparł i to nawet niezbyt mocno, łatwo by się doliczył, że często nic się tu „zusammen” nie zgadza (ciekawe dlaczego). Teraz dostępne są tylko jedynie słuszne dane. Te które publikuje Ministerstwo (czy aby na pewno) Zdrowia.

Irytuje epatowanie słowami: osiągniemy rekordową liczbę zakażeń, osiągnęliśmy rekord itp.

To nie  jest normalne. Mnie rekord kojarzy się z czymś pozytywnym. Nie ze śmiercią i chorobą.

Kiedyś nie ogarniałam tematyki filmów pt. Matrix. Miałam problem z „wirtualną rzeczywistością”. Od ubiegłego roku – roku pandemii – zaczęłam jednak sama czuć się, jak w świecie symulowanym, jak w matrixie właśnie. No bo jak to? Jednego dnia kilkanaście tysięcy przypadków, drugiego też coś koło tego (poniedziałek i wtorek) a trzeciego i czwartego (środa i czwartek) nagle dwa razy tyle. Ponad trzydzieści tysięcy. Statystyka raczej nie zna takich przypadków. Skokowe przyrosty w tej skali są mało prawdopodobne. Chyba, że jak to kiedyś w dowcipie – bomba walnęła w kasyno.

W matrixie filmowym są rebelianci. W naszym matrixie trudno o nich mówić. Można by snuć teorie spiskowe, że ktoś coś u nas kombinuje. Ale pandemia ogarnęła wszystkie niemal kontynenty. Chociaż, jak się tak zastanowić, to Chiny od dawna walczą o prymat gospodarczy. I to może być clou sprawy.

Zaczęło się w Chinach. Potem rozlazło po całym świecie. Po roku mniej więcej, Kraj Środka zdrowy, jak ryba, rozwija się, bryluje na arenie międzynarodowej. Gospodarka amerykańska i europejska zdycha. Pandemia ma się za to bardzo dobrze. W Polsce mamy blisko 30 tysięcy zakażeń dobowych i (nareszcie) rząd zrobi to, co planował – zamknie wszystko i wszystkich. Hotelarze, restauratorzy, przewodnicy, kina, teatry i wielu innych przedsiębiorców ginie na naszych oczach.

To zamykanie i otwieranie to trochę tak, jakby ktoś zamykał oczy i po omacku trafiał palcem w listę pełną zawodów, branż i rozmaitych rodzajów działalności. Tam, gdzie dotknął – nakaz zamknięcia. I tak w koło Macieju. To przypomina zabawę w rosyjską ruletkę. Strzelasz z pistoletu, w którym większość komór jest pusta. Jak bębenek obróci się i strzelisz z pełnej komory, to… pach, kolejna branża odstrzelona.

Niektóre działalności mają się jednak całkiem dobrze. Weźmy taki market budowlany, albo księgarnię, albo… kościół. Zatrzymam się przy tym ostatnim. Niby limit 1 osoba na 15 m2, ale wystarczy zerknąć na zdjęcia z mszy – nadal człowiek na człowieku. Żałosne są twierdzenia niektórych księży, że w kościele nie ma wirusa. Kropielnice przy wejściach to najgorsze siedliska zarazków wszelkiej maści. Podobno są pozasłaniane, by nikt z nich nie korzystał. Czy jednak wszędzie? A przyjmowanie komunii? Te same palce księdza w kielichu z hostiami, te same palce księdza w kolejnych ustach. Bez dystansu, bez dezynfekcji itd.

Módlmy się w domu, włączajmy msze w telewizji i radiu – wszak Bóg (podobno) jest wszędzie. Podobnie jak koronawirus.

Ciąg dalszy (mam nadzieję) nastąpi.

Balbina