Obrazki z życia szpitala… czyli szpitalna empatia

1
741

Nikt, na ogół, nie leży  w szpitalu dla przyjemności. Na empatię personelu można tu jednak liczyć z rzadka. Bardzo chorzy cierpią w milczeniu, czasem głośno je uzewnętrzniają – bardziej lub mniej świadomie. Ci bardziej sprawni fizycznie i umysłowo mogą obserwować. A niektórzy ze swoich obserwacji, o zgrozo, wyciągają wnioski. Czasem nawet bezczelnie je artykułują.

Na każdym oddziale szpitalnym, wiadomo, są ordynator i lekarze, pielęgniarki, salowe i od pewnego czasu sanitariusze. Szczerze mówiąc trudno chwilami załapać, co należy do obowiązków salowych, a co sanitariuszy. Sanitariusz zresztą kojarzył się zawsze z pogotowiem – jeździł karetką. Bywał i kierowcą, i tzw. noszowym, pomagał lekarzowi. Teraz sanitariusze nie mają racji bytu w zespołach ratownictwa medycznego, ale to inna bajka.

Tak więc, sanitariusz w szpitalnym oddziale winien udzielać pomocy przedmedycznej, sprzątać pomieszczenia, transportować materiały biologiczne, posiłki, bieliznę i odpady, a także (może przede wszystkim) pomagać w opiece nad chorymi. I tu zaczynają się schody.

Nadużywanie określenia sanitariusz w stosunku do osób, które często nawet nie udają, że coś robią, może by śmieszyło, gdyby nie powaga sytuacji i miejsca.

Nie będę tu wymieniać konkretnego oddziału, ani szpitala. Sądzę  jednak, że nie trudno miejsce zidentyfikować.

 

Obrazki z życia szpitala

Obrazek 1: Leżąca pacjentka cierpi, ma problem z najmniejszym poprawieniem pozycji  w łóżku. Proszę salową o pomoc, bo sama jestem pacjentką. Przychodzi Pani Sanitariuszka, sztywna, jakby kij połknęła, brewki wyskubane, jak u pierzącego się pisklaka. Staje przy łóżku i mówi: – pani się podciągnie do góry -, ale „pani” przez łzy mówi, że nie może w ogóle się ruszyć. Tłumaczę, że rzeczywiście, że ja nie dam rady. I co słyszę? – A pani myśli, że ja mogę, że ja dam radę, też nie mam siły -. W końcu łaskawie podchodzi bliżej i dość brutalnie wyciąga spod głowy chorej jasiek, po czym wpycha go z powrotem. I wychodzi.

Obrazek 2: Poranne mycie leżących, unieruchomionych w łóżkach, ok. godziny 7 rano, może ciut wcześniej. – Pani już umyta? Rodzina nie umyła jeszcze? No jak tak można? W końcu myją.

Obrazek 3: Też poranne mycie. Do sali wchodzą młodziutkie dziewczyny. Uśmiechnięte, dla każdego mają ciepłe słowo. Delikatnie myją, biegają po zasypkę, maść czy pampersa, jak ktoś nie ma. To praktykantki, stażystki, uczą się na opiekunów medycznych, pielęgniarki, może i lekarzy. Przesympatyczne, bez fochów. Można? Można.

Obrazek 4: Na jakieś 10 pielęgniarek zawsze musi trafić się jedna czarna owca. Większość na szczęście empatyczna, a przynajmniej odnosząca się do pacjentów z należytym szacunkiem. Pewnie, że to ciężki kawałek chleba, ale tu trzeba lubić ludzi. Problemy prywatne powinny zostawać przed drzwiami oddziału. Jęczenie pacjentce nad głową, że znowu trzeba przekłuwać, że rękę trzyma nie tak, że krzywo leży, nie jest na miejscu.

Obrazek 5: Noc, niektórzy dopiero co usnęli. Przywożą z SOR-u kolejną pacjentkę. Sanitariusz cichutko jedzie wózkiem, delikatnie przestawia krzesło i stolik, by dostać się do wolnego łóżka. Oddala się równie bezszmerowo.

Nagle ktoś zapala światło – to pielęgniarka, która scenicznym szeptem informuje, że pacjentka ma nasikać rano do pojemnika, po czym wychodzi nie gasząc światła. Wstałam, zgasiłam, zamknęłam drzwi, było dobrze po północy.

Za parę minut drzwi otworzyły się znowu i weszła pani doktor. Nie zapalając światła podeszła do łóżka i po cichu rozmawiała z przywiezioną chorą. Można i tak? Można i tak. Można, szczególnie, że światła dość wpadało przez okna.

Zapalanie światła w środku nocy do zastrzyków czy kroplówek jest jak najbardziej uzasadnione. Niekoniecznie jednak trzeba budzić całą salę tylko po to, by postawić na szafce pojemnik.

Obrazek 6: Czasem rodzina pacjenta to wróg. Bo patrzy na ręce, bo czegoś chce, bo… jak rodziny nie ma przy łóżku, to nie trzeba tak często latać do chorego, bo przecież nikt nie zasygnalizuje rosnącej temperatury, konieczności podciągnięcia pacjenta wyżej czy temu podobnych „wymysłów”. Najlepiej zamknąć drzwi od sali, dzwonek położyć tak wysoko, by nie daj Boże dało się po niego sięgnąć. Barierki przy łóżku rzeczywiście chronią przed spadnięciem z niego. Ale też i uniemożliwiają próby siadania . Niektórzy pacjenci przy pomocy tylko drabinki są w stanie usiąść choć na chwilkę, by zmienić pozycję, chociaż obrócić się na bok już nie dadzą sami rady. (Widziałam, więc wiem) Mogliby tez sięgnąć samodzielnie po butelkę z wodą, ale… ale ktoś bezmyślnie odsunął stołek, na którym wcześniej ustawiła ją rodzina – ot tak, w zasięgu ręki.

Obrazek 7: W sali są leżące pacjentki, niektóre nie wyciągną nawet ręki po picie, bo z różnych powodów nie są w stanie. W dzień to pół biedy, bo ktoś się napatoczy i poda pić. Gorzej w nocy – pies z kulawą nogą nie zainteresuje się, czy komuś nie podać wody, nie poprawić poduszki czy czegokolwiek. Chyba, że jest choć jeden pacjent „na chodzie” i wyręczy personel szpitalny.

 

Obrazki mogłabym mnożyć bez końca, ale może i tych wystarczy.

Empatyczni lekarze, empatyczne pielęgniarki, empatyczne salowe i empatyczni sanitariusze – na szczęście są tacy ludzie. Ci, którzy zachowują się nieco bezmyślnie (nie chcę myśleć, że celowo), powinni zastanowić się czasem, że i oni sami mogą kiedyś oczekiwać pomocy. Empatii drugiego człowieka.

Szpital to szczególne miejsce, tu najbardziej odczuwa się samotność, bezsilność, niepokój. A szpitalna empatia ma się nie najlepiej.

 

Balbina

 

P.S. Gdyby ktoś odczuł nagłą potrzebę kontaktu z autorką felietonu, prosimy o kontakt z redakcją.

1 KOMENTARZ

  1. WSZĘDZIE JEST JEDNAKOWO.. pamiętajmy o tym..Mnie akurat załoga karetki tego szpitala uratowała życie dwa lata temu..trafna diagnoza i szybki transport do Grodziska.. ale przez całą drogę nadludzkim wysiłkiem walczyli o moje życie. !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!….. ja uparłam się wtedy odlecieć , a ONI wstrzykiwali we mnie różne specyfiki co parę minut , żeby utrzymać mnie przy życiu . ozdrawiam ich serdecznie i DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ..

Comments are closed.