Od Jelcza po eko-bus

0
54
W 2004 roku, z okazji 25 lat komunikacji miejskiej, ZKM uruchomił nową linię biegnącą przez Kuznocin.

Przez prawie dwadzieścia lata spędzonych w Zakładzie Komunikacji Miejskiej dyrektor Krzysztof Sieczkowski obserwował, jak zmieniają się potrzeby pasażerów, ich nawyki i oczekiwania. W przededniu przejścia na emeryturę opowiedział nam o swoje drodze zawodowej i o tym, jak zmieniał się transport publiczny w naszym mieście.

W jaki sposób trafił pan do Zakładu Komunikacji Miejskiej?

W najprostszy z możliwych, stanąłem do konkursu na to stanowisko. Spełniałem wszystkie warunki, w tym podstawowe: wyższe wykształcenie – jestem absolwentem Gospodarki Miejskiej, którą ukończyłem w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie (obecnie SGH) oraz przez więcej niż pięć lat kierowałem zakładem transportowym.

Co to był za zakład?

Spółdzielnia Transportu Wiejskiego. Mieściła się przy ul. Spartańskiej. To było całkiem spore przedsiębiorstwo, bo w szczytowym okresie zatrudniało około 140 osób i posiadała ponad 30 jednostek transportowych i maszyn.

Czym zajmowało się STW?

Przed rokiem 1989 takie spółdzielnie funkcjonowały w każdym województwie i były zhierarchizowane. My podlegaliśmy pod zarząd w Łowiczu. STW obsługiwały Gminne Spółdzielnie, czyli popularne GS-y, pod względem transportowym. Prowadziliśmy rozładunek towarów (przeważnie był to węgiel i nawozy) z wagonów kolejowych na stacji PKP Sochaczew, które nasze samochody dowoziły do poszczególnych GS-ów na terenie powiatu sochaczewskiego. Tak było do czasu transformacji ustrojowej. Po 1989 roku pojawiła się wolność gospodarcza i wolny handel. W Sochaczewie i okolicach jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać prywatne firmy transportowe i handlowe, a co za tym idzie pojawiła się konkurencja. Podobnie jak w innych sektorach, jedni – jak np. PSS Społem przetrwali, inni nie.

STW upadło, czy zostało sprywatyzowane?

Zostało przekształcone. Nasi zwierzchnicy w Łowiczu dali nam wolną rękę, co oznaczało, że sami mamy sobie radzić. Ustrój spółdzielni został zachowany, ale  przekształciliśmy się w mniejszy twór pod nazwą Spółdzielnia Transportowo-Handlowa w Sochaczewie, co miało ułatwić przystosowanie się do gospodarki rynkowej. Niestety nie udało się uniknąć dwóch zwolnień grupowych. Nie da się ukryć, że było bardzo ciężko utrzymać się wtedy na rynku.

Zmieniliście profil i poszliście bardziej w stronę handlu?

Staraliśmy się już nie tylko świadczyć usługi transportowe, ale sprzedawać różne towary, np. cukier czy węgiel. Po ten ostatni jeździliśmy bezpośrednio do kopalni. Dziś brzmi to jak żart, ale aby usprawnić zakup i dostać najlepszą cenę, osobiście wypłacałem pieniądze z banku, wsiadałem w „Trabanta” i jechałem na Śląsk, żeby zapłacić za węgiel gotówką. Dla bezpieczeństwa jeździło ze mną jeszcze dwóch ludzi, z których jeden miał pozwolenie na broń. Węgiel przyjeżdżał naszymi samochodami do Sochaczewa, które musiały odstać kilka dni przed kopalnią, a spółdzielnia sprzedawała go w punkcie przy dworcu PKP. STH kierowałem do roku 1993 roku, wtedy to zmieniłem pracę i przeszedłem do firmy „Styrbor”.

By znów zajmować się transportem?

Nie tylko – obrotem towarowym, którego transport jest ważnym elementem. Można powiedzieć – wróciłem do zawodowych korzeni. Od studiów do czasów STW pracowałem w Zakładach Tworzyw Sztucznych „Boryszew-Erg”, gdzie m.in. przez 8 lat byłem kierownikiem zaopatrzenia. Na fali zmian w gospodarce, właśnie tam powstała boryszewsko-niemiecka spółka pod nazwą „Styrbor”, gdzie zaproponowano mi stanowisko szefa sprzedaży. Pracowałem tam do 2000 roku. W 2001 roku rozpoczęła się moja blisko dwudziestoletnia praca w komunikacji miejskiej.

Cofnijmy się do tego czasu. Jak wyglądała komunikacja 20 lat temu?

Po pierwsze, nie było wtedy oddzielnego Zakładu Komunikacji Miejskiej. Komunikacja miejska była częścią Zakładu Usług Komunalnych. Nie było to najlepsze rozwiązanie i pewnie z tego względu wyodrębniono w końcu ZKM jako autonomiczną jednostkę. Już w ramach ZKM zmiany wprowadzaliśmy stopniowo. Udało nam się uruchomić własną stację paliw na terenie zakładu, co wygenerowało duże oszczędności. Znacznej weryfikacji wymagał rozkład jazdy. Internet dopiero raczkował, więc nowe rozkłady wydawaliśmy w formie książeczki do kupienia w kiosku. Staraliśmy się go zsynchronizować z kursami pociągów, sprawić, żeby był jak najbardziej użyteczny dla dojeżdżających do pracy i szkoły. Większość prac i pomiarów robiło się ręcznie i „na piechotę”.

Brzmi to co najmniej archaicznie…

Teraz w układaniu rozkładu pomaga specjalny program komputerowy. Skorzystać można ze specjalnej aplikacji umożliwiającej określenie rzeczywistego czasu przyjazdu autobusu na przystanek. W mieście na przystankach pojawiły się elektroniczne tablice, biletomaty, w autobusach zamontowany jest monitoring, skorzystać można z USB, wyświetlane są informacje na temat trasy i kolejnych przystanków. Dzieci i młodzież posiadające Sochaczewską Kartę Mieszkańca mogą jeździć za darmo. Trasę przejazdu naszych autobusów dokładnie śledzi GPS. Mamy więcej wiat przystankowych, przystanków, linii autobusowych. Od lat, wraz z władzami miasta, starałem się o odnowę taboru, co – ze względu na bardzo wysoki koszt – stanowiło największy problem naszej komunikacji. Ponieważ na finiszu mojej pracy w ZKM udało się wdrożyć projekt „Sochaczewski Eko-bus”, który sprawę tę zasadniczo rozwiązuje, mogę powiedzieć, że jestem człowiekiem zawodowo spełnionym.

Mówiliśmy już o kwestiach technicznych, a jak zmienili się pasażerowie na przestrzeni lat?

Na pewno bardziej zwracają uwagę na komfort podróży. W naszych starych, trzydziestoletnich autobusach, wycofanych niedawno z użytku, raczej nie było o nim mowy. Kiedyś kluczowe było połączenie z dworcem PKP. Teraz widzimy, że więcej osób woli dojeżdżać do stacji samochodami, czemu sprzyja nieporównanie większa dostępność do tego środka transportu, możliwości parkowania, ale również wymusza ciągły brak stabilizacji w kursowaniu pociągów. Biorąc pod uwagę aktualne preferencje mierzone liczbą zainteresowanych pasażerów,  mieszkańców bardziej obecnie interesuje dobre skomunikowanie obrzeży miasta z centrum, niż dojazd do PKP.

Jakie ma pan plany na emeryturę?

Nie mam szczególnych planów. Zasadniczą sprawą dla mnie będzie zmiana stylu życia, który dotychczas determinowała praca zawodowa, zawsze wymagająca bezpośredniego zaangażowania i podejmowania niełatwych decyzji. Nigdy nie było łatwo. W okresie, kiedy w Polsce było trudno cokolwiek zdobyć, zajmowałem się zaopatrzeniem. W gospodarce rynkowej, gdzie podstawowym problemem jest to jak sprzedać towar, koncentrowałem się na pozyskiwaniu nabywców i egzekwowaniu należności. Gdy wreszcie zacząłem pracować w dziedzinie, która była przeze mnie wyuczona na studiach, okazało się, że wcale nie jest ona mniej złożona, niż  problemy gospodarcze, których rozwiązywaniem zajmowałem się dotychczas. Samorząd to delikatna sprawa, przecież  zaspakaja się tu potrzeby konkretnych mieszkańców. Nie da się jednak tego zrobić w taki sposób, aby wszyscy byli jednakowo usatysfakcjonowani. Problemy więc zawsze będą, ale wiem, że są w naszym zakładzie ludzie, którzy potrafią je rozwiązywać i to  być może lepiej, niż ja sam. Mocno w to wierzę i życzę mojej następczyni jak najwięcej sukcesów i zadowolenia z podjęcia się tych niełatwych obowiązków.

Rozmawiała Agnieszka Poryszewska