Sprawca, to sprawca

0
137

Płacę ubezpieczenie OC bo muszę. Zobowiązują mnie do tego przepisy. Słusznie zresztą, bo jakby coś się stało, to skąd potem wziąć pieniądze, żeby zwrócić komuś za szkodę. O mojej szkodzie już nie mówię. Ewentualna naprawa auta z własnej kieszeni.

Ubezpieczam tak już ponad 30 lat. Za to, co zapłaciłem ubezpieczycielom kupiłbym już jakieś dające się określić auto. Do mnie nie dołożyli ani grosza. Przez ponad 40 lat (przedtem jeździłem nie swoim autem i nie płaciłem ubezpieczenia) nigdy nie miałem żadnej stłuczki. Nie mówiąc też o czymś poważniejszym. Po prostu nigdy nic. Nawet mandatu, a prawo jazdy mam i wykorzystuję od 1973 roku.

W tym roku jednak przypadek się zdarzył. Zawiodło zdrowie. Straciłem przytomność w trakcie jazdy i auto zatrzymało się na barierze ograniczającej drogę. Skończyło się na potłuczonych plastikach z przodu i przesuniętej (nie pogiętej) metalowej barierce (przesunęły się osadzone w miękkiej ziemi podtrzymujące ją słupki). Szkody odniosło więc w zasadzie tylko moje auto (plastiki trzeba było wymienić).

Na tym można by więc zakończyć sprawę i cieszyć się, że rzecz cała nie zdarzyła się przy 140 km/h na autostradzie. Na pewno nie skończyłoby się wtedy tak, jak się skończyło.

W tym miejscu sprawa jednak dopiero się zaczyna, przynajmniej dla mnie. Wiedziony poczuciem obywatelskiego obowiązku, na miejsce zdarzenia nieopatrznie (zamiast odjechać) wezwałem policję. Pan policjant był bardzo miły, ale (powiedział, że musi) ukarał mnie 250 zł mandatem (podobno najniższym możliwym). W szoku (nie co dzień zdarza się stracić przytomność za kierownicą) mandat nieopatrznie przyjąłem, co jak się okazało rodzi dalsze skutki. Zostałem zarejestrowany w UFG jako sprawca. Nieważne, że bez mojej winy. Nieważne, że szkoda, jaką poniósł ubezpieczyciel zamknęła się pewnie w kwocie co najwyżej trzycyfrowej. Zakładam, że właściciel barierki nie chciał ubezpieczyciela naciągnąć, a jej ponowne ustawienie w tym samym miejscu co była – czytaj: ponowne wkopanie słupków na dawne miejsce – nie mogło kosztować więcej niż kilkaset złotych. UFG swoje wie, a sprawca to sprawca.

Z faktu, że sprawca to sprawca, natychmiast postanowił skorzystać ubezpieczyciel. Nieważne, że całą „wieczność” jeździłem bez szkody. Nieważne, że szkoda niewielka. Nieważne, że nie miałem na nią wpływu, bo jak tu przewidzieć, że straci się przytomność za kierownicą i to w dodatku pierwszy raz w życiu. Nie ważne też, że po wielu badaniach zainstalowano mi stymulator pracy serca, który zdaniem lekarza wyklucza w przyszłości przypadki utraty przytomności. Jest okazja, to trzeba z niej skorzystać. + 50% do sumy ubezpieczenia OC to podobno niewiele. Niewiele. Więcej to utrata zaufania do agenta, który mnie ubezpieczał. Przez ostatnie kilkanaście lat z uśmiechem kasował składki (i od nich prowizje). Gdy przyszło co do czego, nie zrobił nic by dodatkowo nie karać swego klienta. Tak podobno składkę wyliczył program. A ja głupi do tej pory sądziłem, że ubezpiecza mnie człowiek. Nie komputer.

Na koniec skromna rada. Jeśli zdarzy wam się puknąć w barierkę, wjechać do rowu albo coś równie głupiego, nie dzwońcie przypadkiem na policję. Bycie praworządnym obywatelem naprawdę się nie opłaca. Zapłacicie mandat, a potem jeszcze podniosą wam ubezpieczenie.

Sprawca, to sprawca.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*