Wrzesień 1939 r. na terenie Sochaczewa i gminy Sochaczew – cz. XV

0
21
Nieżyjący już Leszek Nawrocki, kustosz Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą, autor publikacji historycznych, przez lata pracy zgromadził wiele wojennych wspomnień świadków września 1939 r., a wśród nich uczestników Bitwy nad Bzurą. Dzięki nim udało mu się stworzyć spójny obraz początku wojny na naszym terenie. Oto, jak wyglądał pamiętny wrzesień dzień po dniu.

Cmentarz wojenny w Trojanowie. Źródło: https://www.facebook.com/MuzeumZiemiSochaczewskiejIPolaBitwyNadBzura
16 września około godz. 10.00 żołnierze II batalionu znów rozpoczęli walkę o odzyskanie Sochaczewa. Lecz tym razem był to atak straceńców. Nacierali bowiem w biały dzień, przez szeroką w tym miejscu i dogodną do ostrzału dolinę Bzury, cały czas w morderczym ogniu niemieckich karabinów maszynowych strzelających z wysokiego, stromego brzegu rzeki i wzgórza zamkowego. Pierwsza do ataku ruszyła 5 kompania piechoty. Kładąc deski ze zrujnowanego mostu na pokiereszowane pontony i idąc po nich budowała prowizoryczną kładkę. Tak przeszła na drugi brzeg Bzury, a gdy dotarła do ruin miasta odezwał się karabin maszynowy. W zniszczeniu go wyróżnił się sierż. Skórka, który z własnej woli wziął udział w natarciu i w brawurowy sposób, z narażeniem życia dopadł muru, zza którego strzelał niemiecki ckm. Sierż. Skórka przerzucił przez mur granat, po wybuchu którego karabin maszynowy zamilkł. Po przekroczeniu przez kompanię ulicy prowadzącej z Rynku w stronę dworca kolejowego, że środka parku otworzył ogień drugi karabin maszynowy. Inicjatywę w zwalczeniu go podjął ppor. Wałęza, który w podobny sposób, jak uczynił to sierż. Skórka, zmusił go do milczenia. Obaj, za wykazane w tym natarciu męstwo, zasłużyli zdaniem dowódcy 5 kompanii na odznaczenie orderem Virtuti Militari (76).

 

Natarcie 5 kompanii ukazał sierż. Józef Skórka: „… Żołnierze maszerowali głodni, zmęczeni, wyczerpani psychicznie kilkugodzinną walką. Do Bzury mieliśmy może jeszcze kilometr, kiedy z zamkowego wzgórza trysnęły serie z broni maszynowej… Nasze ckm odpowiedziały ogniem. Plutony poszły do przodu krótkimi skokami. Padli zabici i ranni. Wtedy zauważyłem, że niektórzy żołnierze zaczęli się ociągać, tu i ówdzie ktoś zostawał w tyle i nie szedł do przodu. Dowódca kompanii podjął odpowiednie kroki, ale w tym samym momencie w tyralierę uderzył bliski ogień broni maszynowej. Żołnierze przypięli się do ziemi. Ale nagle – co to? Od strony północnej, z kierunku naszych wojsk uderzyły salwy artylerii. Bzura spowiła się kłębami dymu. W północno-zachodniej części od miasta słychać było gwałtowny ogień ckm i głuche wybuchy granatów. Pomyślałem wtedy, że być może jakiś poznański pułk pośpieszył nam z pomocą. W prześwitach między wybuchami widać było uciekających na wschodni brzeg rzeki Niemców. Rzuciliśmy się do przodu, rzeka była tuż, tuż. Ogień niemiecki stawał się coraz bardziej gorączkowy i chaotyczny. Dopadliśmy do Bzury. Niemieckie ckm-y na wzgórzu zamkowym umilkły. Natomiast z kierunku wschodniego i południowego zagrzmiały nieprzyjacielskie działa kładąc na rzece ogień zaporowy. Przed nami ściana dymu i ognia, wokół jęki rannych. W lewo za mostem jacyś żołnierze przeprawiali się przez rzekę. Kapitan Sygnarek poderwał kompanię. Żołnierze byli wściekli i… z pianą na ustach poszli do przodu. Na wschodnim brzegu wyparliśmy Niemców z zamczyska. Dopiero teraz zobaczyłem jak ciężkie straty poniosła kompania. Nie było jednak czasu na refleksje. Umilkła artyleria i w chwilę potem ukazały się nad miastem samoloty. Zatoczyły koło i lecąc wzdłuż rzeki zaczęły zrzucać bomby. Towarzyszył tej operacji potworny huk. Zdawało się, że ziemie wiruje i drży w posadach… Samoloty zawróciły lotem koszącym, strzelając z broni pokładowej… Nasi żołnierze otworzyli do nich ogień. Jeden z samolotów, spowity w chmurę czarnego dymu, zniżając lot, poszybował za miasto… Przed kompanią pojawił się czworobok rynku. Niemcy ukryci w domach zaczęli nas ostrzeliwać z broni maszynowej. Dopadamy do pierwszych zabudowań. Stąd łatwiej prowadzić ogień. Nadszedł wieczór… Niemcy nie lubią walki nocnej, więc zaczęli się cofać. Ich straże tylne powstrzymywały nasze ataki. Biliśmy się o każdą uliczkę, o pojedyncze domy. Ucichła artyleria” (77).

Batalion z marszu natarł na Sochaczew, do którego weszły w międzyczasie siły nieprzyjaciela. Odrzucono je jednak na wschód i południe. Po ponownym zajęciu stanowisk obronnych batalion ostrzelany został ogniem artyleryjskim, a w godzinach popołudniowych silne natarcie nieprzyjaciela wyparło go z zajmowanych pozycji w głąb miasta. Do walki wprowadzona została kompania odwodowa por. Białacha i batalion, ponosząc przy tym duże straty, ponownie zajął utracone pozycje.

Na wschodnim skraju miasta 5 kompania zajęła za żywopłotem podstawę wyjściową do szturmu na nieprzyjaciela usadowionego na nasypie toru kolejowego w odległości 30-40 m. I pluton ppor. Wałęzy, rozporządzający tylko 180 nabojami ze znalezionej nad Bzurą skrzynki amunicyjnej, wykorzystując skryte podejście, wysunął się do przodu na wysokość stanowisk nieprzyjaciela z zadaniem ostrzelania go wzdłuż linii, co miało być znakiem ruszenia do szturmu dla pozostałych dwóch plutonów. W połowie odległości szturmowej wyrzucono w biegu granaty na stanowiska zajmowane przez Niemców. Kilkanaście metrów przed nasypem obydwa plutony zostały skoszone huraganowym ogniem karabinów maszynowych, a pluton ppor. Wałęzy rozbity ogniem artylerii. Niemcy, przerwawszy ogień, wykonali od czoła i z prawego skrzydła, od strony dworca kolejowego krótkie przeciwnatarcie, strzelając bezpośrednio do leżących rannych a nawet martwych już polskich żołnierzy. Stało się to około godz. 12.00. Z oficerów zginęli: dowódca II plutonu – ppor. Skuza i dowódca III plutonu – ppor. Micek. Ranni zostali: dowódca 5 kompanii – kpt. Sygnarek i dowódca I plutonu – ppor. Wałęza. Kompania została zdziesiątkowana. Później, już w Oflagu I adiutant pułku kpt. Józef Witkowiak powiedział kpt. Sygnarkowi, że wieczorem 16 września sierż. Skórka dołączył do pułku z zaledwie 12-13 żołnierzami 5 kompanii. W większości byli to woźnice i sanitariusze.. Wysławszy do miasta rozpoznanie, Niemcy zajęli wkrótce stanowiska 5 kompanii i dworzec kolejowy (78).

Po ponownym zajęciu Sochaczewa, w ciągłym ogniu broni maszynowej i artylerii nieprzyjaciela, wyczerpany i wykrwawiony batalion, bez pomocy nowych sił, nie miał szans utrzymać się zbyt długo. Na domiar złego, gdy w drugim dniu bitwy atakujący Sochaczew Niemcy otrzymali posiłki, zdziesiątkowany batalion został pozbawiony należytego wsparcia artyleryjskiego. Rankiem 15 września odeszły bowiem spod Sochaczewa do rejonu Gągolin – Patoki dwie (4 i 6) baterie II dywizjonu 26 pal w celu wsparcia rozpoczętej z tego rejonu ofensywy 26 DP na Bednary – Nieborów – Skierniewice. Z tego samego powodu przesunięto w ów rejon – 7 i 9 baterie III dywizjonu 26 pal, które 14 września w godzinach popołudniowych ogniem zaporowym wspierały działania II batalionu 18 pp. Natomiast 8 bateria haubic kal. 100 mm z III dywizjonu 26 pal, zajmująca stanowiska ogniowe na północ od Rozlazłowa, w rejonie Karwowa, miała za zadanie bronić przeprawy pod Trojanowem. W rezultacie, toczone od rana 14 września przez osamotniony II batalion 18 pp krwawe walki o utrzymanie Sochaczewa, wspierała tylko jedna, także osamotniona 5 bateria II dywizjonu 26 pal (79) .

Osamotniony batalion nie doczekał się żadnej pomocy. 15 września z nieznanych powodów nie dotarły do Sochaczewa oddziały rozpoznawcze 17 i 25 DP. Dowódcy tych oddziałów zadowolili się nieprawdziwymi informacjami otrzymanymi od żołnierzy grupy płk. Świtalskiego, o zdobyciu Sochaczewa przez Niemców. W ten sposób bardzo ważne wiadomości o bohaterskiej walce II batalionu 18 pp i utrzymaniu miasta w polskich rękach nie dotarły do dowódców 17 i 25 DP. Warto podkreślić, że również dowódca 18 pp w dniach 15 i 16 września nie miał żadnych informacji o II batalionie. Wynikało to przede wszystkim z braku środków łączności. Również w II batalionie od samego początku walk o Sochaczew łączność telefoniczna nie funkcjonowała. Główną przyczyną tego stanu rzeczy był ostrzał artyleryjski i działania dywersantów. Natarcie 17 DP 16 września na Sochaczew było spóźnione. Dowódca dywizji – płk dypl. Mieczysław Mozdyniewicz do natarcia na miasto wyznaczył III batalion 68 pp. Późnym wieczorem 8 kompania sforsowała Bzurę, wkroczyła do miasta i na krótko obsadziła Rynek. Szybko jednak opuściła Sochaczew. Według relacji dowódcy 17 DP wobec użycia oddziałów tej dywizji na kilku kierunkach i poważnej sytuacji na odcinku 14 DP rozjechanej przez niemieckie czołgi, wysunięty do przodu III batalion 68 pp i jej 8 kompanię ściągnięto spod Sochaczewa na poprzednie wyjściowe stanowiska. W tym, wydawałoby się korzystnym dla Sochaczewa momencie, zamiar obsadzenia miasta większymi siłami, co dawało duże możliwości manewru skrzydłowego do wydostania się z okrążenia został zniweczony, zaś chwilowe opanowanie części miasta przez kompanię piechoty było w tych walkach epizodem bez większego znaczenia militarnego. Kilka godzin wcześniej, po ciężkich walkach z miasta wycofały się resztki II batalionu 18 pp (80).

Ponowne natarcie żołnierzy II batalionu wsparła ogniem 5 bateria 26 pal. Jeden pluton por. Doroszewski skierował na wcześniej zajmowane stanowisko i kazał mu otworzyć ogień na skraj Sochaczewa, na wysokości pierwszej linii domów, drugi zaś wysunął tuż przed piechotę nad Bzurę. Manewr ten całkowicie zaskoczył Niemców, którzy odpowiedzieli chaotycznym i niecelnym ogniem. Pociski baterii skierowane na skarpę Bzury i wzgórze zamkowe niszczyły stanowiska niemieckich karabinów maszynowych. Później po wkroczeniu batalionu do Sochaczewa bateria skierowała ogień tylko na wschodnią część miasta, w zachodniej bowiem toczyły się zacięte walki uliczne, często o pojedyncze budynki. Dowódca 5 baterii był świadkiem zaciętej walki a następnie zagłady II batalionu i wycofania się jego resztek za Bzurę. Tak działania osamotnionej 5 baterii w dniu 16 września opisał por. Andrzej Doroszewski: „… Panie majorze – mówię po dłuższej chwili i głębokim namyśle – a gdybym ja wysłał kłusem jeden pluton na stare stanowisko i kazał mu przygotować ogień na skraj Sochaczewa tak na wysokości pierwszej linii domów, a drugim wyskoczyć tuż przed piechotę nad Bzurę to bym tam chyba Niemców uciszył? To piękne, ale nie wykonalne, wybiją was. A ja strat raczej nie przewiduję. Niemcy łatwiej mogą się spodziewać gromu z jasnego nieba niż takiej zabawy. Będą zupełnie zaskoczeni, zobaczą mnie przecież w ostatniej chwili. Nie połapią się, zdążę odprzodkować i już mamy osłonę tarcz, kule ich nie biorą. Daj panu Boże – zgadza się major. Wszystko odbyło się łatwiej niż przypuszczałem.

Zaskoczenie było całkowite i zanim Niemcy rozpoczęli bezładną i bezskuteczną strzelaninę, pierwsze pociski rozrywały się na skarpie. Por. Trzeciak (ppor. Mateusz Trzeciak – oficer ogniowy 5 baterii – przyp. L.N.) słysząc, że już rozpocząłem strzelać zaczął ostrzeliwać uzgodnioną część miasta. Tymczasem karabiny maszynowe na wzgórzu zamkowym milkną jeden po drugim i w tym momencie nadbiega piechota i dopada Bzury. Batalion wdarł się do Sochaczewa. Strzela jeszcze Trzeciak, ja już nie mogę. Niemcy i nasi zwarli się, wszystko się pomieszało, rozpoczęła się walka wręcz. Zwijam pluton i galopem powrót na stanowiska ogniowe. Nie mam żadnych strat, nikt nawet nie został ranny, jest więc lepiej niż przypuszczałem. Przenoszę ogień połączonej już baterii na wschodnią część miasta. W zachodniej trwa zajadła walka uliczna, o każdy dom, o poszczególne pomieszczenia w domach. Jest to walka ogromnej przewagi materiałowej i ludzkiej przeciw ogromnej wściekłości! Tylko na jak długo jej starczy. Batalion potwornie krwawi, topnieje… Amunicja jest bliska wyczerpania, ale zdaję sobie sprawę, że już nie będzie potrzebna, że zbliża się koniec. Ogień mój ma raczej działanie psychologiczne. Jeżeli któryś pocisk razi wroga, to jest to tylko przypadek, ale jest to moralne wsparcie piechoty, które w tym momencie ma ogromne znaczenie. Tak ginął II batalion 18 pułku piechoty. Bitwa o Sochaczew była przegrana. Giną lub są ranni prawie wszyscy oficerowie, a w szczególności 15 (16 września – przyp. L.N.) o świcie na moście pontonowym ginie bohaterską śmiercią d-ca batalionu major Feliks Kozubowski. Resztki przeprawiają się ponownie na lewy brzeg Bzury, ale to już nie są resztki batalionu, to są jego skrwawione strzępki. Bateria milknie, pozostają po 4 pociski na każde działo. Do stanowiska ogniowego spłynęło 18 piechurów z porucznikiem. Odesłałem ich na stanowisko przodków – prowadzi podoficer zwiadowczy, oni będą nakarmieni – zamiast trzech kompanii – 19 żołnierzy! Szykuję baterię do odmarszu, ale jeszcze czekam czy ktoś nie dołączy” (81).

O działaniach 18 pp i 26 pal w czasie walk o Sochaczew pisał w swych wspomnieniach oficer zwiadowczy 26 pal ppor. Witold Domański: „… Okazuję się, że desygnowana przez gen. Bortnowskiego grupa operacyjna płk. dypl. Świtalskiego ma ogromne trudności z utrzymaniem Sochaczewa, stanowiącego bramę ku stolicy. Nadszedł więc rozkaz jak najszybszego wsparcia oddziałów broniących przeprawy. Ale odległość maszerującej 26. DP do Bzury wynosiła jeszcze nieco ponad 50 km, którą to przestrzeń zasadniczo trzeba było przebyć nocami, bo niebo jak na złość błękitne. Piechota wymęczona marszami od granicy nie była już zdolna do wzmożonego wysiłku. Załadowano ją więc na samochody, ściślej mówiąc tylko batalion mjr. Feliksa Kozubowskiego z 18. pp, a w ślad za samochodami, co w koń wytrzyma, z małymi odpoczynkami kłusowały: 5. bateria armat por. Andrzeja Doroszewskiego i 8. haubic kpt. Czesława Smosarskiego. Zdążyli w ostatnim momencie, bo przecież Niemcy nie spali i nacierające oddziały wzmocnili posiłkami spod Warszawy. Nieco później, na zaplecze obrony dotarły pozostałe baterie II i III dywizjonu, ale wieczorem 9 września pomaszerowały na południe od Sochaczewa, skąd zgodnie z planem obydwu dowódców armii: gen. Kutrzeby i gen. Bortnowskiego, miało wyjść natarcie przez Bzurę w kierunku Skierniewic. I dywizjon mjr. Krzyżanowskiego, który od razu skierował się na południowy wschód, znajdował się już na pozycjach do wsparcia 37. pp z rejonu wsi Patoki, natomiast wspomniane wyżej dywizjony, bez 5. i 8. (baterii – przyp. L.N.), nieco bardziej na południe, wspierały 10. pp” (82).

W tak beznadziejnej sytuacji, gdy zamiast wzmocnienia obrony miasta siłami dwóch pozostałych batalionów 18 pp, wspartych silną artylerią (wzmocnionym dywizjonem artylerii złożonym z 3 baterii armat 75 mm i 2 baterii haubic 100 mm), zdziesiątkowany i pozbawiony amunicji batalion został przygwożdżony miażdżącym ogniem niemieckiej artylerii, mjr Kozubowski po raz kolejny rozkazał wycofać się swoim żołnierzom na zachodni brzeg Bzury (83).

Rankiem 16 września wraz z częścią batalionu wycofanego wieczorem za Bzurę nacierał ze swoją obsługą ckm plot. – plut. rez. Czesław Musiałowski. Opisał on ostatni, dramatyczny, dzień walk II batalionu o Sochaczew i jego ponowny odwrót po południu 16 września: „… Rankiem 15. IX. 39r. wraz z częścią batalionu wycofanego za Bzurę – nacieramy na miasto. Z trudem posuwamy się naprzód – pisze on – i zdobywamy teren broniony przez Niemców. Silny ostrzał z broni maszynowej, moździerzy, granatników i artylerii jest obustronny. Niemcy chcą przełamać opór i do rana natarcie za natarciem czołgów i piechoty odpierają wykrwawione 4 i 5 komp. II-go baonu oraz sąsiednie oddziały skrzydłowe. Bitwa się wzmaga i staje się coraz bardziej zacięta. Pogotowie przeciwlotnicze jest ciągłe. Samoloty wroga na niskim pułapie – ostrzeliwują z broni pokładowej stanowiska obrońców miasta. Mimo zawziętej obrony – Niemcy uzyskują przewagę. Nawet celny ogień naszej artylerii (26 pal) strzelającej również na wprost do czołgów nie powstrzymuje naporu nieprzyjaciela. Czołgi niemieckie dokonują coraz częściej masakry wśród obrońców. Nasza obrona przeciwlotnicza jest za słaba i nie jest w stanie skutecznie paraliżować nadlatujących (w zwartych szykach) eskadr nieprzyjaciela. Po prostu jest ich za dużo, a nasza obrona przeciwlotnicza „rozrzucona” zbyt luźna i nieskoordynowana. Nieliczne są zestrzelenia wrogich samolotów i trudno ustalić komu zaliczyć „strącenie wroga”. Zazwyczaj sukces przyznaje się bardziej „możnym” – często krzywdzące dla rzeczywistych bohaterów sukcesu. Nasz obrona przeciwlotnicza choć słaba budziła respekt u wroga. Zaciekle ostrzeliwali stanowiska broni p. lotn. i podnosili pułap lotu. Mogłem to stwierdzić w chwilach prowadzenia ognia przez mój ckm. Jednak ta obrona p. lotn. nie wystarczyła, a nasz II baon poniósł i nadal ponosi duże straty. Stan osobowy 4 komp. coraz bardziej się kurczy. Ponadto lotnictwo nieprzyjaciela włącza się coraz aktywniej do walki łącznie z formacjami naziemnymi wroga. Atakuje ono – prawie bez przerwy, z różnych wysokości wszelkie cele. Ostrzeliwują wszystko co dostrzegą i co się rusza. Coraz słychać przeraźliwy ryk pikujących maszyn i wybuchy bomb. To nie są już tylko pojedyncze samoloty – ale często kilka sztuk lub samoloty w zwartym szyku eskadry lub klucza. Nie możemy zbyt długo ostrzeliwać samolotów z tego samego stanowiska. Znowu został ranny jeden z amunicyjnych. Dotychczasowe dogodne stanowisko gdzieś pod drzewami – nad stawem, w pobliżu kolei wąskotorowej zmieniamy, tym bardziej, że opór naszego batalionu staje się bardziej trudniejszy i jest rozkaz wycofać się w kierunku przeprawy przez Bzurę w Sochaczewie. Mój ckm ma rozkaz osłony p. lotn. przeprawy, którą kieruje major Kozubowski. Wybieram stanowisko około 150 m w lewo od przeprawy – pod drzewami nad rzeką. Samej przeprawy nie widzę. Jest zasłonięta drzewami i szczątkami wysadzonego starego mostu. Już w trakcie przeprawy oddziałów za Bzurę dotarła do nas tragiczna wieść o dalszych stratach 4 komp., że polegli d-ca komp. por. Himmel, dwóch d-ców plutonów, oraz kilku podoficerów – d-ców drużyn. Sama przeprawa dla batalionu w warunkach odwrotowych była ciężka. Oddziały częściowo zdezorganizowane. Przeprawa ostrzeliwana przez artylerię i broń maszynową. Dodatkowo również przez lotnictwo nieprzyjaciela przynosi dalsze straty w poległych i rannych. Niemcy wiedzą i znają miejsca przepraw w Sochaczewie. Ich lotnictwo zmierza do zniszczenia wszelkich środków umożliwiających przeprawę na drugi brzeg. Dlatego systematycznie ponawiają ataki, które nasz ckm ostrzeliwuje i stara się odpierać. Nie mogą nam tego darować i nasze stanowisko jest również ostrzeliwane. Słychać pociski uderzające w gałęzie i pnie drzew. Widać obsypujące się drobne gałęzie i liście oraz zabielanie drzew pozbawionych kory. Mimo bezgranicznego bohaterstwa batalionu – jego opór słabnie. My – obsługa ckm p. lotn. głodni i spragnieni – na wpół przytomni, trwamy na stanowisku. Wiem, że z obowiązku obrony p. lotn. musimy wytrwać i wykonywać rozkazy, nakazane zadanie aż do odwołania t.j. zmiany rozkazu. Coraz bliżej słychać odgłosy walki. Słychać, że toczy się ona wzdłuż Bzury. Miasto płonęło. Nie docierała do mnie myśl, że zbliża się koniec oporu. Że brak sił do dalszej obrony miasta przez zdziesiątkowany nasz batalion. Tego dnia dowiedzieliśmy się o nowej, bolesnej i dotkliwej stracie dla II-go batalionu. Poległ kierujący przeprawą, bohaterski d-ca II bat. mjr Kozubowski.. Batalion został rozbity i wyparty z Sochaczewa. Niedobitki bohaterskiej 4 komp. zebrał i przeprawił przez Bzurę – któryś podoficerów naszego batalionu. Mimo tego bój o Bzurę trwał nadal. Artyleria ze swoich stanowisk i moździerze w dalszym ciągu ostrzeliwały Niemców. Obsługa mojego ckm nie mogła dłużej pozostawać na stanowisku. Nie byliśmy w stanie odwrócić losu naszego batalionu. Dałem rozkaz zmiany stanowiska i przeprawy wpław przez Bzurę (na wprost naszego stanowiska). W trakcie przeprawy, celowniczy st. strzelec Władysław Kołodziej został ranny w plecy, nie utrzymał i utopił karabin. Rannego przyholowaliśmy do brzegu (na drugą stronę). Założyliśmy opatrunki i po odprowadzeniu do najbliższego obejścia, pozostawiliśmy pod opieką jakiejś rodziny – niezbyt daleko od rzeki. Ponieważ nie mieliśmy już karabinu – zatopiliśmy w pewnej odległości od niego również podstawę. Byłaby dla nas dwóch (to jest dla mnie i lekko rannego amunicyjnego) zbędnym balastem. Zatrzymaliśmy tylko część amunicji do ckm – która była nam niezbędna do kbk „Mauser” i udaliśmy się za innymi rozbitkami w kierunku majątku Kąty – gdzie miano zbierać „rozbitków”. Po dojście w pobliże skierowano nas (i innych rozbitków) w kierunku maj. Ruszki – jako punktu formowania oddziałów z rozbitków. Dotarliśmy w godzinach porannych 16.IX.39 r. Po ustaleniu do jakiego oddziału (pułku) – wydano nam śniadanie, ale żadnego punktu zbornego nie było. Natomiast ziemia aż drżała od kanonady, artylerii i wybuchów, pocisków i granatów. To strzela nasza artyleria w tym 26 pal z mojej dywizji. Mimo braku II-go baonu w Sochaczewie – był ponawiany bój o miasto przez inne oddziały naszej armii ” (84) .

Natarcie 5 kompanii na miasto dało reszcie batalionu (4 i 6 kompanii) co najmniej 3 godziny na spokojne zajęcie stanowisk. Kompania ckm ppor. Kazimierza Mańczaka wobec niemożności przeprawienia sprzętu po chwiejnej kładce z desek ułożonej na pontonach, w większości zajęła stanowiska na zachodnim brzegu Bzury. Dowódca batalionu swoje miejsce postoju ulokował w rejonie zniszczonego mostu drogowego również na zachodnim brzegu rzeki. Nieprzyjaciel po unicestwieniu 5 kompanii i po silnym przygotowaniu artyleryjskim ruszył całością swych sił (czterema kompaniami) do natarcia w kierunku z południa na północ, to jest w stronę Rynku, obejmując nim całą szerokość miasta, od wschodniego skraju po Bzurę. Najpierw doszło do walki z odwodową 6 kompanią, na którą natarcie szło z prawej flanki, a wzdłuż Bzury nieprzyjaciel zagroził tyłom tej kompanii, która w toku walki musiała zmienić front o 90° w prawo. W jeszcze gorszej sytuacji znalazła się 4 kompania. Jej ugrupowanie obronne usytuowane na wschód i północ zostało zaatakowane od tyłu, co oznaczało całkowite uniemożliwienie odwrotu. Kompania ta musiała zmienić front o 180°. Na tyłach 6 kompanii Niemcy doszli do mostu pontonowego i rozpoczęli przechodzenie po kładce na zachodni brzeg Bzury. Adiutant batalionu – ppor. rez. Tadeusz Sujkowski na czele pocztu batalionowego uderzył na przeprawiających się po kładce Niemców, przy wsparciu ogniowym kompanii ckm ppor. Mańczaka. Przeprawa Niemców przez rzekę została udaremniona, ale w akcji tej ppor. Sułkowski został ranny. Sytuacja batalionu była niesłychanie ciężka. W czasie walki dowódca II batalionu 18 pp – mjr Kozubowski usiłował w rejonie zniszczonego mostu drogowego przedostać się do swoich oddziałów znajdujących się jeszcze w mieście. Pośrodku rzeki został jednak trafiony serią z karabinu maszynowego. Na pomoc rzuciło się do wody 4 żołnierzy, ale i oni zginęli od ognia broni maszynowej. Akcja ppor. Sułkowskiego umożliwiła dowódcy 6 kompanii wycofanie się za Bzurę z niewielką grupą żołnierzy W tej grupce był strz. Władysław Kowalski – łącznik 5 kompanii przy dowództwie II batalionu 18 pp, który dostał się do niewoli dwa dni później na północ od Sochaczewa. Jako jeniec był wieziony przez stanowiska 4 kompanii w Sochaczewie. Widział zwały trupów. żołnierzy polskich i niemieckich. Tych drugich, jak stwierdził, było więcej (85).

Ostatnie, dramatyczne godziny walk o Sochaczew w czasie których poległ mjr Kozubowski tak przedstawił, cytowany już wcześniej, sierż. Józef Skórka: „… Noc z 15 na 16 września była bardzo ciemna, pochmurna i dżdżysta. Od strony Łowicza dochodziła kanonada dział, paliły się jakieś wioski. Nad ranem – na szosie warszawskiej – powstało piekło wybuchów. Strzelało co najmniej kilkadziesiąt niemieckich dział. Nieprzyjaciel uderzył dużymi siłami na 4 kompanię kapitana Himmla. Sam kpt. Himmel (por. Himmel – przyp. L.N.) poległ poprzedniego dnia podczas ponownego zdobywania Sochaczewa. Na rozkaz dowódcy batalionu moja kompania zaczęła się wycofywać w kierunku mostu na Bzurze. W tym właśnie kierunku szło główne uderzenie niemieckie. Przedpole Bzury pokrył ogień artylerii, czołgi i piechota raziły ogniem karabinów maszynowych z bliskich odległości. 5 kompania zbliżała się do ruin zamku i rynku. Wschodnia strona placu rynkowego była już wtedy opanowana przez hitlerowców. 4 kompania rozbita, broniła już tylko resztkami sił, walcząc o przejście do Bzury … 5 kompania – po raz trzeci w ciągu zaledwie dwóch dni – miała forsować rzekę w jednym i tym samym miejscu. Było jeszcze ciemno. Dowódca batalionu major Kozubowski stał na moście. Stąd kierował odwrotem oddziałów. Jego zachrypły głos słychać było wśród wybuchów pocisków artyleryjskich i trzasku broni maszynowej … Niemcy byli blisko, widać było błyski ognia. To strzelające ciężkie karabiny maszynowe. Przed samą rzeką padł śmiertelnie ranny ppor. rez. Michał Skuza, dowódca III plutonu. W chwilę potem los ppor. Skuzy podzielił ppor. Ignacy Wałęza, dowódca I plutonu (ppor. Wałeza został ranny – przyp. L.N.). W kompanii nie było już ani jednego oficera. Przechodzimy rzekę. Zaczęło się robić widno. W czasie przeprawy, w pobliżu miejsca gdzie stał dowódca batalionu, ujrzałem nagły błysk, po którym nastąpił wybuch ciężkiego granatu. Major Feliks Kozubowski poległ … Za rzeką, pędzę wraz z żołnierzami w kierunku kępy olch. Tu, wokół siebie, zacząłem zbierać resztki żołnierzy 5 kompanii. Naliczyłem ich 49 żołnierzy. Byłem wśród nich najstarszy stopniem, więc objąłem komendę. Poprowadziłem żołnierzy w kierunku płn-zachodnim…” (86).

O okolicznościach śmierci dowódcy II batalionu pisał w swych wspomnieniach także Ludwik Jeremi: „… Następnego dnia o zmierzchu po uporczywej walce, batalion ponownie przechodził ten sam most na Bzurze. Ostatni szedł dowódca batalionu. W chwili gdy znalazł się na środku mostu, kilka pocisków padło na brzeg tuż koło wody. Ugodzony odłamkiem major Kozubowski upadł. Gdy podbiegł do niego plutonowy z pocztu dowódcy, ranny powiedział: Powiedzcie, że major Kozubowski… To były jego ostatnie słowa. Dowództwo batalionu objął najstarszy z dowódców kompanii …” (87).

W walkach o Sochaczew II batalion 18 pp poniósł wielkie straty. Zabitych, rannych i zaginionych było 15 oficerów (65,2 % ogólnego stanu oficerów batalionu). Oprócz dowódcy – mjr. Feliksa Kozubowskiego, który znalazł miejsce wiecznego spoczynku obok swoich bohaterskich podkomendnych na sochaczewskim cmentarzu parafialnym przy ul. Traugutta, polegli także: dowódca 4 kompanii – por. Marian Himmel, dowódca III plutonu tej kompanii – ppor. Adam Wzorek, dowódca II plutonu 5 kompanii – ppor. rez. Michał Skuza, dowódca III plutonu tej kompanii – ppor. rez. Zygmunt Micek, dowódca I plutonu kompanii ckm – ppor. rez. Kacper Klaniewski a także lekarz batalionu – ppor. rez. lek. Abram Kurz. Rannych zostało 4 oficerów: dowódca 5 kompanii – kpt. Antoni Sygnarek, adiutant batalionu – ppor. rez. Tadeusz Sułkowski, dowódca I plutonu 4 kompanii – ppor. rez. Bolesław Świderek, dowódca I plutonu 5 kompanii – ppor. rez. Ignacy Wałęza. Do niewoli dostało się kolejnych 8. Losu 4 oficerów nie udało się ustalić (dowódca II plutonu 6 kompanii – ppor. rez. Ryszard Wierzbicki, dowódca III plutonu 6 kompanii – ppor. rez. Wojdalski, dowódca II plutonu kompanii ckm – ppor. rez. Jan Jackowski, dowódca IV plutonu (taczanek) kompanii ckm – ppor. rez. Barcikowski). Dokładnej liczby zabitych, rannych i zaginionych podoficerów i szeregowych II batalionu 18 pp i II dywizjonu 26 pal nie udało się nigdy dokładnie ustalić. Według przybliżonego szacunku ogólne straty batalionu wyniosły około 80 % stanu osobowego. Z miasta wycofały się małe grupki żołnierzy w sumie około 100 ludzi pod dowództwem por. Edwarda Białacha, ppor. rez. Tadeusza Sułkowskiego i sierż. Józefa Skórki. Po walkach o Sochaczew 5 kompania nie miała ani jednego zdolnego do walki oficera. Resztę wycofującego się batalionu uratował od zniszczenia i umożliwił przeprawę przez Bzurę adiutant batalionu ppor. Sułkowski, który skupiając przy sobie kilkunastu przygodnych piechurów i żołnierzy swojego pocztu batalionowego, aby umożliwić mu wykonanie odwrotu – według relacji dowódcy 18 pp płk. Wiktora Majewskiego „z determinacją uderzył na przeprawiających się przez rzekę Niemców” (88).

Mjr Kozubowski jest symbolicznym przykładem oficera, który kosztem własnego życia „starał się wykonać niewykonalny w 1939 r. obowiązek: obronę Polski”. Nawet Niemcy docenili odwagę i męstwo żołnierzy II batalionu, a szczególnie jego dowódcy. Warto tu przytoczyć relację prof. dr Władysława Pałuckiego, we wrześniu 1939 r. – ppor. rez., adiutanta II dywizjonu 26 pal, uczestnika bitwy nad Bzurą i walk o Sochaczew: „… Kolega mój Lechosław Żrański, uczestnik bitwy nad Bzurą, oficer ogniowy 6 baterii, która 13 września prowadziła ogień zaporowy pod Sochaczewem, później ranny, następnie wzięty do niewoli, niedawno opowiadał mi, że Niemcy byli zdumieni i zaskoczeni odwagą i determinacją obrońców Sochaczewa. Mianowicie kiedy kilka dni później prowadzono wziętych do niewoli przez Sochaczew, a przechodzili obok świeżo usypanych mogił żołnierzy polskich, znajdujący się tam, przy jednej mogile, niemiecki oficer zatrzymał kolumnę jeniecką i wskazując na tę mogiłę powiedział po polsku: „Tu leży polski bohater major Kozubowski”, wówczas wszyscy stanęli frontem przed tą mogiłą i salutując oddali hołd poległemu dowódcy II batalionu 18 pp …” (89).

Feliks Kozubowski urodził się 7 lutego 1894 r. na Litwie w Dziewałtowie (pow. wiłkomierski). Był synem Wiktora i Aleksandry z Wołuckich. Ukończył 6 klas gimnazjum w Kownie. Od 1912 r. czynnie działał na terenie Kijowa, Białej Cerkwi i Żmerynki w polskich stowarzyszeniach patriotycznych: „Koło Młodzieży”, „Polonia”, które miały krzewić świadomość narodową wśród różnych warstw społeczeństwa polskiego. Od jesieni 1913 r. był bardzo aktywnym członkiem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Działalność tę kontynuował z przerwami (z powodu odbywania służby wojskowej) aż do końca 1918 r., to jest do chwili wyjazdu do Polski. Będąc członkiem „Sokoła” brał czynny udział w pracach komitetu, którego zadaniem była opieka nad jeńcami polskimi z legionów oraz z armii austriackiej i niemieckiej. W 1915 r. Feliks Kozubowski otrzymał dyplom pomocnika prowizora (prowizor – pomocnik aptekarza bez tytułu magistra – przyp. L.N.), który uzyskał na Uniwersytecie św. Włodzimierza w Kijowie. 15 września 1915 r. Feliks Kozubowski został powołany do armii rosyjskiej (21 batalion zapasowy w Kursku). Od 15 października 1915 r. do 17 lutego 1916 r. był kadetem w 2 Szkole Chorążych w Kijowie. 12 lutego 1916 r. mianowany na pierwszy stopień oficerski. W 1916r. będąc już oficerem armii rosyjskiej, podczas służby w Kijowie w Szkole Chorążych, samorzutnie i w konspiracji organizował żołnierzy Polaków przybywających z frontu z pułków rosyjskich oraz z Legionu Puławskiego, uświadamiając ich narodowo oraz krzewiąc i wpajając im ideę walki o niepodległą Polskę. Jako instruktor wojskowy czynnie uczestniczył w tajnym stowarzyszeniu młodzieży akademickiej i gimnazjalnej „Koło Walki Czynnej”. Ćwiczenia wojskowe odbywały się w okolicach Kijowa, m.in. w Światoszynie, Natałce, Międzygórzu. 20 stycznia 1917 r. otrzymał awans na podporucznika. Na samym początku rewolucji rosyjskiej w lutym 1917 r. będąc na froncie w 162 pułku piechoty w Małopolsce Wschodniej nawiązał kontakt z miejscowymi organizacjami polskimi. Przeprowadził agitację wśród oficerów i szeregowych Polaków i Litwinów na terenie własnej 41 dywizji namawiając ich, aby zażądali odesłania do formujących się oddziałów polskich. Po dłuższej agitacji, wbrew intencji przełożonych, udało się mu podstępem wydostać z 41 dywizji 4 oficerów, 8 podoficerów i 48 szeregowych, których przetransportował i oddał do dyspozycji formującej się wtedy 1 Dywizji Strzelców Polskich w Kijowie. 1 kwietnia 1917 r. Feliks Kozubowski wstąpił do 1 pułku tej dywizji. Jako dowódca plutonu brał udział w walkach pułku, m.in. w bitwach pod Czabarówką, Husiatyniem i Brzeżanami. Pod Czabarówką, po opuszczeniu frontu przez oddziały rosyjskie, otrzymał rozkaz zabezpieczenia lewego skrzydła własnego pułku. W tym celu wykonał kontratak na nacierających Austriaków. Podczas tego kontrataku został ranny w pierś i głowę na skutek wybuchu pocisku artyleryjskiego. 1 października 1917 r. został przeniesiony do 1 pułku rezerwowego w Dorohobużu na stanowisko dowódcy 10 kompanii. 15 listopada1917 r. został awansowany do stopnia porucznika. 11 stycznia 1918 r. został wysłany przez dowódcę pułku płk. Jakuba Bohusza-Szyszko do Tuły oraz na Ukrainę w specjalnej misji mającej na celu werbowanie Polaków – jeńców z armii austriackiej i niemieckiej do 1 Korpusu Polskiego Dowbor-Muśnickiego oraz nawiązania kontaktów z władzami POW w Kijowie. Podczas pobytu w Tule został aresztowany przez bolszewików i 2 tygodnie przebywał w więzieniu. Po wydostaniu się z więzienia przybył do Kijowa i natychmiast nawiązał kontakt z tamtejszą POW. Z powodu choroby nie powrócił już do służby w 1 Korpusie w Bobrujsku, lecz podjął pracę w POW, którą kontynuował aż do wyjazdu do Polski. W grudniu 1918 r. wyjechał do Polski, gdzie natychmiast zgłosił się do służby w Wojsku Polskim. 2 lutego 1919 r. w stopniu porucznika znalazł się na kursie oficerskim w Szkole Podchorążych w Warszawie. Później był dowódcą kompanii w Szkole Podoficerskiej w Dęblinie i Ostrowi Mazowieckiej. 7 czerwca 1920 r. Feliks Kozubowski przeniesiony został do 101 pp. Jako dowódca 1 kompanii walczył na wojnie polsko-bolszewickiej. Ciężko ranny 26 czerwca 1920 r. w pierś kulą karabinową (kuli tej nie usunięto i Feliks Kozubowski nosił ją do końca życia) trafił do Szpitala Ujazdowskiego w Warszawie. Do jednostki wrócił 18 sierpnia 1920. Za udział w wojnie z bolszewikami został odznaczony Krzyżem Walecznych i przedstawiony trzykrotnie do odznaczenia Orderem Virtuti Militari (m.in. 16.10.1924 r.). 21 września 1920 r. przeniesiony został do 84 pp w Pińsku na stanowisko dowódcy III batalionu. 3 maja 1922 r. Feliks Kozubowski został awansowany do stopnia kapitana (ze starszeństwem od dnia 1 czerwca 1919 r.). 10 lipca 1922 r. odkomenderowano go do Centralnej Szkoły Podoficerów Piechoty nr 1 w Chełmnie. 8 sierpnia 1922 r. został zatwierdzony jako dowódca V batalionu szkolnego w Chełmnie. 26 lutego 1924 r. w związku z likwidacją szkoły Feliks Kozubowski został przeniesiony do 42 pp w Białymstoku, gdzie objął stanowisko dowódcy kompanii. Od 1928 r. do 1 kwietnia 1930 r. pełnił służbę w Korpusie Kadetów nr 3 w Rawiczu jako dowódca kompanii kadetów. 2 stycznia 1930 r. awansowany do stopnia majora (ze starszeństwem od 1 stycznia 1930 r. i 66 lokatą w korpusie oficerów piechoty). Od 1 kwietnia 1930 r. delegat Departamentu Piechoty do spraw doświadczalnych w Wojskowym Instytucie Przeciwgazowym w Warszawie. W 1933 r. przeniesiony został do 18 pp (26 DP) na stanowisko dowódcy batalionu. We wrześniu 1939 r. dowodził II batalionem 18 pp. Poległ 16 września 1939 r. w czasie walk o Sochaczew. Pochowany nad Bzurą w zbiorowej mogile. Ekshumowany w kwietniu 1940 r. i przeniesiony na cmentarz parafii św. Wawrzyńca w Sochaczewie. Posiadał wiele odznaczeń: Krzyż Niepodległości (Nadany na posiedzeniu Komitetu Krzyża i Medalu Niepodległości w dn. 26.06.1933 r., Zarządzenie Prezydenta RP z dn. 12.09.19933 r.), Krzyż Walecznych (Rozkaz III Armii nr 6 z dn. 30.05. 1921 r.), Złoty Krzyż Zasługi (1932 r.), Medal Pamiątkowy za Wojnę 1918 – 1921 (Rozkaz MSWojsk. Nr 87/26), Medal Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości (Rozkaz MSWojsk. Nr 87/26), Medal za Ratowanie Ginących (Dz. Pers. Nr 8/31, Medal Interallie (Medalille Interallée), (Dz. Pers. Nr 60/25). Od 26 lipca 1921 r. Feliks Kozubowski był żonaty z Zofią Zaborowską. Miał dwoje dzieci: Janusza Wiktora ur. 7 lipca 1922 r. i Hannę Zofię ur. 22 listopada 1924 r (90).
Po rozbiciu II batalionu 18 pp i wycofaniu się jego niedobitków za Bzurę, walka o przeprawę pod Sochaczewem trwała nadal. Kontynuowała ją wspomniana wyżej samotna 5 bateria. Jej dowódca – por. Andrzej Doroszewski otrzymał z dowództwa 26 DP rozkaz „utrzymania przeprawy w Sochaczewie za wszelka cenę do godz. 12.00 dnia 15 września – wtedy zostanie zluzowany”. Po dostarczeniu, na jego żądanie, całej kolumny amunicyjnej dywizjonu, kładł on ogień zaporowy na wschodni, zajęty już przez Niemców brzeg Bzury, aż do godz. 16.00 16 września. Dopiero wtedy przybył tu dowódca zgrupowania ON płk Świtalski (91).

O samotnym boju 5 baterii tak pisał jej dowódca – por. Andrzej Doroszewski: „… Jest godz. 14.00, może później, gdy na stanowisko ogniowe nadjechał major ze sztabu armii. Informuję go o przebiegu i wyniku walk o Sochaczew. Jest wstrząśnięty, ale mówi: Panie poruczniku, Niemcy nie mogą przejść przez Bzurę, przeprawa musi być utrzymana. Generał Abraham uderza na Warszawę, tędy. Niemcy nie mogą przejść. Panie majorze – odpowiadam – piechoty już nie ma, jest sama bateria, mogłaby bronić przeprawy ogniem zaporowym, ale nie ma już amunicji, są jeszcze 4 sztuki na działo, czyli praktycznie bateria jest bezbronna. Major zapewnia mnie, że najdalej za 2 godziny otrzymam amunicję, że natychmiast powiadomi o wszystkim płk. Ajdukiewwicza i rzeczywiście po upływie półtorej godziny zajechała kolumna amunicyjna dywizjonu, a wraz z nią przyjechał dowódca kompanii cyklistów dywizji z pisemnym rozkazem: „Za wszelką cenę utrzymać przeprawę w Sochaczewie do godz. 12.00 dnia 15 września o której zluzuje pana grupa płk. Świtalskiego, a bateria odejdzie na trzydniowy wypoczynek do wsi Gągolin”. Rozkaz podpisał d-ca dywizji płk dypl. Brzechwa-Ajdukiewicz. Zamieniamy puste jaszcze na pełne, resztę amunicji na wozy przy jaszczach. Nowy duch wstąpił w przygnębioną baterię. Teraz mogą do nas przyjść – słyszę od chłopców. Muszę teraz zasugerować Niemcom, że po tej stronie Bzury są duże oddziały naszego wojska. Tego nie sprawdzą, bo rzeki nie przejdą, tam zawsze mogę położyć skuteczny ogień zaporowy. Wiem, że o ilości wojska świadczy ilość artylerii. Rozpoczynam wątpliwie czy skuteczny, ale z całą pewnością mylący ogień. Mam wstrzelane pewne punkty jak „Błonie”, „Mszczonów” i inne, skierowuję każde działo na inny cel i polecam z każdego oddać dwa razy po cztery strzały, z tym, że wszystkie działa rozpoczną ogień jednocześnie Po naszemu to brzmi: „Po 4 kośba 5 obrotów na moją komendę”, a później „te same dane”. Przy takim ogniu każdy może ocenić, że strzelają 4 baterie, a 4 baterie – to więcej niż pułk piechoty. Potem przenosimy ogień poszczególnymi działami na inne cele, wracając od czasu do czasu na poprzednie. W ten sposób liczba strzelających baterii pozornie wzrasta. Nadchodzi noc. Wieczorem kładziemy ogień na prawy brzeg Bzury. Każde działo ma położyć ogień kośbą na 100-metrowy odcinek, a więc po 5 pocisków. I znowu sprawia to wrażenie dużej liczby baterii. Ten sam ogień powtarzamy w nocy i o świcie i znowu na tyły. Niemcy nie próbują forsować Bzury, a więc postawione zadanie udaje się wykonać. Nadchodzi godzina 12. Grupy płk. Świtalskiego nie widać. Czekamy niecierpliwie. Godzina 13… 14… wciąż nic. Zaczynam denerwować się. Muszę porozumieć się z dywizją. (…) Nadchodzi wieczór i noc, już nie będziemy mieli kłopotu z nadmiarem amunicji, to co nie mieściło się w jaszczach, jest już prawie zużyte. Wstał nowy dzień – 16 września. Ranek i południe. Tkwimy samotnie pod Sochaczewem już dwie doby, w tym dobę ponad otrzymany rozkaz, kładąc co jakiś czas ogień na prawobrzeżną skarpę Bzury. Godzina 16, zjawia się tak oczekiwany płk Świtalski, proponuje by bateria dołączyła do niego bo mu brakuje artylerii. Odpowiadam trochę złośliwie: Panie pułkowniku zgodnie z otrzymanym rozkazem już od 28 godzin powinienem być gdzie indziej. Odmeldowuję się. Żegnaj Sochaczewie. Nieszczęsne miasto gruzów i ruin” (92).

Tak więc walki o Sochaczew i znajdującą się tu przeprawę przez Bzurę, walki w czasie których miasto kilka razy przechodziło z rąk do rąk, trwały 7 dni. Rozpoczęły się rankiem 10 września a zakończyły późnym wieczorem 16 września. Tak samo długo (7 dni) broniło się Westerplatte. Dłużej walczyli tylko żołnierze w obronie Helu (9 IX – 1 X), Warszawy (8 – 28 IX), Modlina (10 – 29 IX), Lwowa (12 -22 IX), Łowicza (9-16 IX) i Kępy Oksywskiej (12 – 19 IX). Walki o Sochaczew, były jednymi z najdłuższych, jakie prowadzono walcząc o jedno miasto, w całej kampanii wrześniowej 1939 r.

Jeśli więc gen. Kutrzeba w swej książce „Bitwa nad Bzurą”, w słowach pełnych goryczy napisał, że „Puszcza Kampinoska stała się grobem Armii Poznańskiej”, to należy podkreślić, że w tym grobie nie znalazły się wszystkie oddziały tej armii. Dzięki dyscyplinie, poświeceniu i męstwie polskich żołnierzy broniących Sochaczewa, którzy dłużej niż im kazano, nie pozwolili Niemcom przeprawić się w Sochaczewie, część armii „Poznań’ mogła sforsować Bzurę na północ od Sochaczewa i poprzez Puszczę Kampinoską dotrzeć do Warszawy (93).

Biorąc pod uwagę decyzję o koncentrycznym natarciu na siły polskie walczące nad Bzurą dowódca 8 armii gen. Blaskowitz wyznaczył na 14 września swoim wojskom nowe zadania. M. in. XVI Korpus Armijny (4 DPanc., 31 DP i zmotoryzowany pułk SS Leibstandarte „Adolf Hitler”) podporządkowany taktycznie 8 armii miał osiągnąć w natarciu w kierunku północno-zachodnim odcinek Bzury na północ od Sochaczewa. Oddziały Korpusu miały też zabezpieczyć się od strony Warszawy i Modlina. 31 DP przejęła obronę rejonu Leszna osłaniając od strony Warszawy 4 DPanc. skierowaną na zachód nad Bzurę, od Sochaczewa do ujścia Bzury do Wisły. 4 DPanc. od rana 14 września maszerowała w dwóch zgrupowaniach: północnym, na czele z dowódcą 5 BPanc – gen. mjr. von Hartvigiem- Walspornem., w składzie – gros zmotoryzowanego pułku SS Leibstandarte „Adolf Hitler”, I batalion 36 pcz, dwie baterie 49 oddziału ppanc., II dywizjon 103 pułku artylerii, po osi Leszno – Kampinos – Brochów; południowym, w składzie – I batalion zmotoryzowanego pułku SS Leibstandarte „Adolf Hitleer”, II batalion 36 pcz, I dywizjon 103 pułku artylerii, szosą Błonie – Sochaczew z zamiarem zdobycia Sochaczewa i nawiązania łączności z 19 DP. Zadanie rozpoznania i dozorowania rejonu na prawym skrzydle zgrupowania północnego, wzdłuż Bzury do Wisły, powierzono 7 oddziałowi rozpoznawczemu 4 DPanc. Reszta dywizji (35 pcz, 12 pułków strzelców zmot., batalion saperów z dwoma kolumnami mostowymi oraz dwa korpuśne dywizjony artylerii ciężkiej) posuwały się za zgrupowaniem północnym do Kampinosu. 33 pułk strzelców zmot. pozostał w rejonie Pruszkowa w odwodzie Korpusu.
Około południa 14 września oddziały 4 DPanc. (35 pcz, 12 pułk strzelców zmot., batalion saperów z dwoma kolumnami mostowymi oraz dwa korpuśne dywizjony artylerii ciężkiej) osiągnęły Bzurę na południe od Brochowa. Skierowany do Brochowa oddział rozpoznawczy natknął się na wkraczające właśnie do tej miejscowości szwadrony Wielkopolskiej BK i został z niej wyrzucony. Pomimo zaangażowania wszystkich sił Niemcy nie zdołali tego dnia zdobyć Brochowa. 15 września 4 Dpanc. po poniesionej poprzedniego dnia klęsce, umacniała swój front obronny i zbliżyła się do Bzury. I batalion 12 pułku strzelców zmotoryzowanych (4 DPanc) zajął Chodaków, likwidując ostatni polski punkt oporu na wschodnim brzegu Bzury pomiędzy Brochowem a Sochaczewem. Następnie jego kompanie sforsowały rzekę i obsadziły wzgórza 2 km na zachód, w rejonie Gawłowa i Karwowa. Wieczorem te zbyt odizolowane kompanie wycofano z powrotem za Bzurę, do Chodakowa. Siły 4 DPanc. wzrosły po przybyciu 33 pułku strzelców zmot., który do tej pory stanowił odwód Korpusu. Wkraczające do Chodakowa oddziały niemieckie dokonały kilku zbrodni wojennych na ludności cywilnej. 14 września w Zwierzyńcu żołnierze Wehrmachtu rozstrzelali 4 mężczyzn, którzy prawdopodobnie uciekali przed działaniami wojennymi z Wielkopolski do Warszawy. Rozstrzelani zostali: Jan Markowski – naczelnik poczty z Wielichowa (pow. kościański), jego 15-letni syn Henryk Markowski – kadet 3 kompanii Korpusu Kadetów z Rawicza oraz Stanisław Szamotulik. Czwartej ofiary nie udało się zidentyfikować. Niemcy dopiero po 4 dniach zgodzili się na pochowanie ofiar egzekucji. Pierwotnie zostali oni pochowani na miejscu popełnionej zbrodni. W 1940 r. zwłoki rozstrzelanych w Zwierzyńcu zostały ekshumowane, przeniesione i pochowane na cmentarzu wojennym przy ul. 600-lecia w Trojanowie. 15 września w Ostrzeszewie Niemcy rozstrzelali zakonnika z Niepokalanowa, brata Tadeusza Robaka (imię zakonne Amateus Maria). 6 września przełożony klasztoru OO. Franciszkanów w Niepokalanowie o. Maksymilian Kolbe z powodu działań wojennych, które szybko zbliżały się do Niepokalanowa, wydał polecenie aby wszyscy zakonnicy opuścili klasztor i udali się w rodzinne strony. Franciszkanin z Niepokalanowa został zastrzelony przez żołnierzy niemieckich którzy tego dnia wkroczyli do Chodakowa. Ze względu na to, że pod habitem nosił on spodnie podobne do wojskowych oraz miał krótko ostrzyżone włosy, Niemcy uznali go za przebranego żołnierza polskiego i oskarżyli o szpiegostwo. Mimo tłumaczeń i pokazania legitymacji zakonnej, Niemcy wyrokiem sądu doraźnego skazali go na śmierć i rozstrzelali. Brat Amateus był pierwszym zakonnikiem z Niepokalanowa, który zginął w czasie II wojny światowej. Niemcy przez dłuższy czas nie pozwolili pogrzebać jego zwłok. Ostatecznie pochowano go w pobliżu miejsca śmierci. W 1940 r. jego zwłoki zostały ekshumowane, przeniesione i pochowane na cmentarzu wojennym w Trojanowie. 17 września w Chodakowie (Kolonia Chodaków) żołnierze niemieccy rozstrzelali podczas opatrywania rannych jeńców Jana Domaradzkiego, który był sanitariuszem z pomocniczej służby wojskowej. Został on pochowany w miejscu zbrodni. W 1940 r. jego ciało ekshumowano, przeniesiono i pochowano na cmentarzu wojennym w Trojanowie. Ofiarami terroru padło wówczas również wielu pracowników fabryki sztucznego jedwabiu w Chodakowie. M.in. na drodze prowadzącej do majątku w Chodakowie strzałami w plecy zabici zostali Hołowieska i Henke. W rejonie Żelazowej Woli rozstrzelano Piotra Teodorowicza i Aleksandra Kelera. Po przesunięciu się linii frontu i wygaśnięciu walk, fabryka w Chodakowie obsadzona została przez żołnierzy Wehrmachtu.
14 września na odcinku grupy płk. Świtalskiego między Sochaczewem a Mistrzewicami, obsadzonym przez zgrupowanie ppłk. Zgłobickiego, oddziały polskie miały styczność z niemieckimi patrolami pojawiającymi się na wschodnim brzegu Bzury. Lewoskrzydłowy batalion stojący koło Mistrzewic był częściowo wciągnięty w bój Wielkopolskiej BK. 15 września po popołudniu grupa płk Świtalskiego została odrzucona z linii Bzury na zachód do rejonu Kąty – Ćmiszew – Żdżarów. Utrzymał się jedynie batalion w rejonie Mistrzewic.
Dowódcę 4 DPanc. gen. Reinchardta cały czas niepokoiło północne skrzydło, gdzie Wielkopolska BK miała w swoich rękach Brochów, a rozciągający się aż do Wisły bardzo nieprzejrzysty, porośnięty lasami teren nie mógł być zajęty bez użycia znacznych sił. Poza tym, jak wynikało z zeznań jeńców, wziętych do niewoli 14 września, na zachód od Bzury koncentrowały się duże siły polskie, które w każdej chwili mogły przejść do natarcia. Po popołudniu 15 września na stanowisko dowodzenia gen. Reinchardta przyjechał dowódca XVI KPanc. gen. kaw. Erich Hoepner informując go, że ze względu na konieczność odciążenia walczących na południe od Sochaczewa oddziałów 8 armii, XVI KPanc. ma 16 września uderzyć w kierunku zachodnim: 1 DPanc. i 19 DP z przyczółka na południe od Sochaczewa, a 4 DPanc. z dotychczas zajmowanego terenu przez Bzurę. Obie dywizje miały nacierać zbieżnie w kierunku dworu Ruszki, a po uzyskaniu powodzenia w kierunku Iłowa. Powierzenie 4 DPanc. tak sformułowanego zadania było dla gen. Reinchardta dużym zaskoczeniem. Odległy cel natarcia, w obliczu przygotowywanego przez oddziały polskie uderzenia, wydawał mu się zbyt ryzykowny. Mógł być, według niego, usprawiedliwiony jedynie bardzo ciężkim położeniem sąsiadów. Dowódca 4 DPanc. uważał, że lepszym rozwiązaniem byłoby stworzenie silnej obrony wzdłuż Bzury, aż do Wisły, gdyż Polacy, chcąc wyrwać się z okrążenia, musieli w tym pasie nacierać. Pogląd ten nie został jednak zaakceptowany przez gen. Hoepnera, gdyż uważał on, że tylko własne natarcie może przyspieszyć rozstrzygnięcie bitwy. Zadanie 4 DPanc. wymagało użycia możliwie największych sił do natarcia na Ruszki, jednakże zagrożenie uderzenia sił polskich z północnej flanki cały czas istniało, a nawet mogło się powiększyć. Niemcy musieli więc ten kierunek natarcia dobrze zabezpieczyć. Ostateczny plan natarcia gen. Reinchardta polegał na opanowaniu siłami piechoty szosy biegnącej równolegle 2 km na zachód od Bzury. Pod osłoną tej piechoty planowano następnie zbudować przeprawy i przerzucić przez rzekę ciężki sprzęt i czołgi. Po przejściu Bzury miano uderzyć zbieżnie dwoma zgrupowaniami na dwór Ruszki. Zgrupowaniem prawym, w składzie: większość sił zmotoryzowanego pułku SS Leibstandarte „Adolf Hitler” i I batalion 35 pcz, silnie wsparte artylerią, przez Plecewice – Bibiampol – południową część Juliopola i szosą na północ od dworu Ruszki. Zgrupowaniem lewym, w składzie: 12 pułk strzelców zmot., II batalion 35 pcz, również silnie wspartym artylerią, wzdłuż osi Żukówka – Helenka – północna część Adamowej Góry – dwór Ruszki. W odwodzie w rejonie Nowych Mostków stanęły: 36 pcz (bez jednego batalionu) i dwa bataliony 33 pułku strzelców zmot. Początek natarcia wyznaczono 16 września na godz. 7.00.

4 DPanc. do działań zaczepnych przystąpiła rankiem 16 września, dążąc do uchwycenia przyczółka na zachodnim brzegu Bzury w rejonie folwarku Żuków – kolonia Bibiampol. O godz. 7.00 z Zarzecza 12 pułk strzelców zmot. (II batalion na prawym skrzydle, I batalion na lewym), wzmocniony 4 kompanią 35 pcz, przystąpił do forsowania rzeki. Strzelcy I batalionu przeszli przez Bzurę w bród, żołnierze II batalionu wykorzystali prowizoryczną kładkę. Obydwa bataliony bez większych przeszkód, ostrzeliwane tylko słabym ogniem ręcznej broni polskiej piechoty, uchwyciły na zachodnim brzegu rzeki pozycje pozwalające zabezpieczyć przygotowanie przepraw. Saperzy przystąpili do budowy 16-tonowego mostu. Służba Pracy wykonywała dojazdy do mostu oraz brodu. Prace zakończono z pewnym opóźnieniem, ale do godz. 12 większość sił 4 Dpanc. było już po drugiej stronie Bzury. Czołgi przebyły rzekę w bród, ciężka broń piechoty i samochody – mostem. Właściwe natarcie 4 DPanc., wspierane przez Stukasy, wyruszyło około godz. 12 i bez trudu opanowało szosę biegnącą wzdłuż Bzury, ale w rejonie dworu Ruszki natknęło się na silną obronę. Wprawdzie cel natarcia opanowano, ale nie przyniosło to spodziewanego rozstrzygnięcia. Na tyłach niemieckich, w domach, zaroślach i niewielkich laskach pozostały bowiem grupy polskich żołnierzy, które zażarcie się broniły. Działający na Adamową Górę batalion 12 pułku strzelców zmot. i wspierające go czołgi nie potrafiły zdobyć tej miejscowości, ponosząc dotkliwe straty. Tym samym istniało zagrożenie lewego skrzydła klina natarcia niemieckiego. Dla jego usunięcia wprowadzono do walki dwa bataliony 33 pułku strzelców zmot. Nie dało to oczekiwanego rezultatu, gdyż nie zdołały one zająć lasu Karwowo i Adamowej Góry. Kiedy więc po południu dał się odczuć mocny polski nacisk na rejon dworu Ruszki, dowódca 4 DPanc. postanowił wycofać wysunięte do przodu siły i zorganizować obronę w rejonie: Gawłów – Mistrzewice – Wólka Smolana. Zmotoryzowany pułk SS Leibstandarte „Adolf Hitler” zajął pozycje w rejonie Mistrzewic, 12 pułk strzelców zmot. obsadził teren w okolicach Helenki, gros 33 pułku strzelców zmot. stanęło w rejonie Kistki Nadrzeczne – Gawłów. W nocy ściągnięto ze stanowisk I batalion 12 pułku strzelców zmot. i rozmieszczono go blisko mostu pontonowego (94).

O zachowaniu się Niemców po wkroczeniu do Chodakowa pisał w swoich wspomnieniach jego mieszkaniec, Ireneusz Panfil: „… 16 września tuż po godz. 13 zobaczyłem, jak wjeżdżają motorem z karabinem niemieccy żołnierze, prawdopodobnie zwiad. Prawie wszyscy wychodzimy z piwnicy na podwórko. Mój ojciec znał język niemiecki, bo w 1918 roku rozbrajał Niemców w woj. poznańskim. Nawiązał rozmowę, ale po krótkim czasie przypomniał sobie, że zostawił w szufladzie sklepowej srebrne pieniądze. Wyskoczył z podwórka, skąd niedaleko było do sklepu, ale już tam nie dotarł. Nasz sklep rabowali żołnierze Wehrmachtu. Ojciec wycofał się, przyśpieszając kroku. Na jezdni stał już samochód ciężarowy, a na szoferce zamontowany był karabin maszynowy.. Głośne „halt” wprawia mego tatę w odrętwienie, ale widzi, że żołnierz naciąga taśmę naboi do karabinu maszynowego. Ojciec zdążył uskoczyć za młodą topolę, których dużo rosło koło Fabryki jedwabiu. Wtedy pada seria z karabinu maszynowego, ale rozrzut pocisków ratuje życie ojcu. Poda pod drzewem ze strachu i nie rusza się. Kiedy tylko próbuje się poruszyć, pad nowa seria pocisków na szczęście niecelnych. Dopiero po jakimś czasie zaryzykował ucieczkę. Do naszej piwnicy dotarł blady jak ściana. (…) Były też inne sytuacje. Jeden z sąsiadów, który ukrywał się z nami w piwnicy, pokazał Niemcowi brzytwę do golenia, pytając w ten sposób, czy może się ogolić, ale żołnierz wyrwał mu ją z ręki, żeby jego kolega nie zobaczył. Tyłem doszedł do studni i wrzucił ją do wody. Powiedział, że gdyby kolega zobaczył brzytwę, to zastrzeliłby sąsiada. Nieopatrznie z piwnicy wyszedł stryj Ignacy Panfil w mundurze harcerskim i to nas wszystkich o mało nie zgubiło. Bo ta pierwsza czołówka Niemców stwierdziła, że w piwnicach znajduje się polskie wojsko i nie chce się poddać. Wpędzono nas wszystkich do piwnic po domem pana Wesołowskiego. Niemcy ustawili karabin maszynowy przed wejściem, wiązali w pęczki granaty, aby rzucać w okna piwnicy. Tylko minuty grały rolę, żeby nas zlikwidować. Była też tam pani Migdałkowa, która mieszkała na 2 piętrze. Dobrze znała język niemiecki, bo pochodziła z poznańskiego. Niosła coś swoim dzieciom Kasi i Uli, ale Niemcy na siłę próbowali je wepchnąć do piwnicy. A ona do nich po niemiecku, że co oni chcą, jatkę z ludzi zrobić, że tam są sami cywile i jej dzieci. Dopiero jak przed oficerem niemieckim uklękła i przysięgła, że w piwnicy nie ma żadnego wojska, tylko sami cywile, Niemcy odpuścili. Ale od razu nas nie wypuszczono. Wieczorem wszedł żołnierz i wszystkich nas zrewidował. (…) I jeszcze jedno zdarzenie. Żołnierze niemieccy wynoszą z fabryki instrumenty naszej straży pożarnej. Na skwerku koło zakładu podrzucają je do góry, a gdy spadają, kopią i gniotą nogami. Chciałem, żeby dali mi najmniejszą trąbkę, ale oni najpierw pogięli ją butami, dopiero potem mogłem ją wziąć. Wzruszyłem ramionami i zabrałem ustnik” (95).

Po południu 15 września dowódca 25 DP gen. Alter otrzymał rozkaz przegrupowania dywizji do rejonu Juliopol – Adamowa Góra – Sarnów. Pilną sprawą stało się wobec tego rozpoznanie osi marszu, rejonów wyznaczonych do zajęcia oraz wyjaśnienie sytuacji nad Bzurą. O godz. 16.00 gen. Alter wydał rozkaz dla oddziałów rozpoznawczych. Oddział kpt. Tadeusza Szałka (31 kompania czołgów rozpoznawczych i dywizyjna kompania kolarzy) miały rozpoznać kierunek Aleksandrów – Brzozów – dwór Giżyce – dwór Ruszki, a stamtąd działać na Adamową Górę i Sochaczew. 31 kompania czołgów rozpoznawczych wyruszyła o godz. 16.15. Po drodze dołączył do niej pluton dywizyjnej kompanii kolarzy. Około godz. 19 kpt. Szałek zameldował, że Sochaczew zajęli Niemcy, na zachodnim brzegu Bzury, w rejonie Katów stoi batalion ON z grupy płk. Świtalskiego, a własny batalion saperów usiłował na północ od Sochaczewa zbudować przeprawę przez Bzurę, lecz zaatakowany przez wroga wycofał się na zachód, ratując resztę pontonów. Kompania czołgów pozostała chwilowo w rejonie Kąty – Władysławów. Tam doręczono jej rozkaz zamknięcia w lesie Sarnów kierunku Sochaczew – Sanniki i nieprzepuszczania do godz. 6.00 następnego dnia niemieckiej broni pancernej. Między godz. 16.00 a 18.00 gen. Alter wydał rozkaz przegrupowania 25 DP do rejonu Juliopol – Adamowa Góra – Sarnów. Grupa płk. Świtalskiego została po południu 16 września odrzucona z linii Bzury na zachód do rejonu Kąty – Ćmiszew – Żdżarów. Utrzymał się jedynie batalion w rejonie Mistrzewic. 16 września 17 DP po nocnym marszu znalazła się w rejonie Rybna. Dowództwo dywizji i oddział rozpoznawczy rozlokowały się w dworze w Rybnie. Niektóre z pododdziałów 17 DP rozlokowały się na terenie gminy Sochaczew: I batalion 68 pp w Kątach, a II batalion 69 pp w dworze w Żdżarowie. Około godz. 5 dowódca 17 DP płk Mozdyniewicz otrzymał za pośrednictwem płk. dypl. Władysława Smolarskiego (dowódcy piechoty dywizyjnej 17 DP) rozkaz gen. Knoll-Kownckiego do natarcia. Zadaniem dywizji było sforsowanie Bzury w pasie ograniczonym na południu linią Dachowa – Boryszew A – dwór Rokotów – Wyczółki; na północy: dwór Trojanów – Wypalenisko – dwór Kożuszki dla opanowania przedmościa na Bzurze. Dowódca 17 DP zamierzał uderzyć z podstaw wyjściowych: dwór Ruszki – Ćmiszew i zdobyć Sochaczew. 68 pp, wychodząc z podstawy wyjściowej wzdłuż szosy Gąbin – Sochaczew (od skrzyżowania na zachód od dworu Ruszki do rozwidlenia w miejscowości Żdżarów) miał opanować północną część Sochaczewa. 69 pp z podstawy wyjściowej Żdżarów – Ćmiszew miał opanować południową część Sochaczewa z dworcem kolejowym. Natarcie obu pułków miała rozgraniczać szosa Żdżarów – Sochaczew. Prawdopodobnie z powodu późnego zakończenia marszu i konieczności dania żołnierzom choć krótkiego odpoczynku, przesuwanie oddziałów 17 DP na podstawy wyjściowe do natarcia na Sochaczew rozpoczęło się dopiero w południe. W czasie gdy pułki przystępowały do zajmowania podstaw wyjściowych, ruszyło natarcie niemieckie na 14 DP, a później koło południa na 25 DP. Krótko potem dowódca GO, wiedząc już o trudnej sytuacji 14 DP, zmienił częściowo zadanie 17 DP. Jak poinformowano płk. Mozdyniewicza, jego dywizja, oprócz natarcia na Sochaczew, miała dodatkowo częścią sił uderzyć w kierunku południowym, na skrzydło nieprzyjaciela nacierającego na 14 DP. W związku z tym płk Mozdyniewicz rozkazał: dwoma batalionami 69 pp wspartymi III dywizjonem 17 pal uderzyć po osi Ćmiszew – Bronisławy aby nawiązać kontakt z siłami 14 DP; na dotychczas zajmowanych przez 69 pp odcinku Ćmiszew – Żdżarów zorganizować obronę jednym batalionem 69 pp i 8 batalionem strzelców; 68 pp wykonać nakazane wcześniej natarcie na północną część Sochaczewa. Pozostawiony na odcinku Ćmiszew – Żdżarów II batalion 69 pp nie miał styczności z nieprzyjacielem. Na jego przedpolu w rejonie Lubiejewa biła się z niemieckim 59 pp 71 kompania czołgów rozpoznawczych por. Stanisława Skibniewskiego. Skierowano ją w rejon Lubiejewa w celu wzmocnienia II batalionu 69 pp, broniącego odcinka Ćmiszew – Żdżarów, ponieważ nie przybył tam 8 batalion strzelców. W walkach pod Lubiejewem ciężko ranny i poparzony od wybuchu pocisku działka ppanc. został dowódca 1 plutonu 71 kompanii czołgów rozpoznawczych – ppor. rez. Leon Puppel, który zmarł w czasie transportu na punkt opatrunkowy mieszczący się w Rybnie. Zgodnie z rozkazem płk. Mozdyniewicza, 68 pp wraz z II dywizjonem 17 pal miał o godz. 14.00 osiągnąć gotowość do natarcia na Sochaczew. Okazało się to jednak niewykonalne. W południe bowiem wzmocniona 4 DPanc. ruszyła do natarcia z uchwyconego przyczółka pod Żukowem. Jej lewe zgrupowanie łamiąc opór 25 DP opanowało dwór Ruszki. Część II batalionu 56 pp z 25 DP została zmuszona do odwrotu. Wraz z nią zawrócił także I batalion 68 pp maszerujący właśnie na podstawę wyjściową do natarcia. Maszerował on przez Kąty do lasu Karwowo, gdzie miał nawiązać styczność z I batalionem 56 pp. Zagrożenie na lewym skrzydle 68 pp uniemożliwiające prowadzenie natarcia na Sochaczew miał zlikwidować II batalion tego pułku, który około godz. 12 przybył do Nowej Wsi. Otrzymał on rozkaz natychmiastowego uderzenia przez las Zygmuntówka na dwór Ruszki. Natarcie, wsparte przez 7 kompanię III batalionu 68 pp dowodzoną przez por. Waleriana Chaję oraz 4 i 6 baterię 17 pal, doprowadziło do opanowania dworu Ruszki. Obsadziła go 6 kompania II batalionu, a 7 kompania odeszła do swego batalionu pod Sochaczew. Na skutek tych wydarzeń 17 DP do natarcia na Sochaczew skierowała tylko dwa bataliony 68 pp. Natarcie to wyszło między godz. 16.00 a 17.00. Lewoskrzydłowy I batalion posuwający się w kierunku dworu Trojanów, po zepchnięciu patroli niemieckich, dotarł na wschodni skraj lasu Karwowo. Tutaj już po zmierzchu zaskoczył go silny ogień broni maszynowej i artylerii strzelającej zza Bzury. Zginął jego dowódca – kpt. Bronisław Magdziarski, a batalion uległ rozproszeniu. Część, zebrana przez dowódcę 2 kompanii – por. Franciszka Hybzę na szosie Antoniew – Żdżarów odeszła do dworu Ruszki. Resztę (kompania ckm i półtorej kompanii strzelców) skupił por. Marian Duczmal (dowódca kompanii ckm) w Żdżarowie, gdzie w nocy podporządkował go sobie dowódca III batalionu mjr Wojciech Krajewski. III batalion 68 pp na podstawy wyjściowe do natarcia na Sochaczew wyruszył o godz. 13.00 z lasu Zygmuntówka. Gros III batalionu 68 pp z powodu uderzenia czołgów, na podstawy wyjściowe dotarło z dużym opóźnieniem i dopiero około godz. 17.00 skierowało się na Sochaczew. Rozproszenie, a następnie odejście do tyłu części I batalionu 68 pp wprowadziło chwilowe zamieszanie i dodatkowe opóźnienie. Natarcie na Sochaczew podjęto na nowo dopiero wieczorem po dołączeniu 7 kompanii. Około godz. 20.00 8 kompania ppor. Jana Szybczyńskiego przeszła w natarciu, pod ciągłym ogniem, zniszczony most na Bzurze, weszła do miasta i obsadziła Rynek. Reszta III batalionu pozostała za rzeką, naprzeciw Sochaczewa, gdzie ostrzeliwała ją niemiecka artyleria. Wieczorem, wobec rozproszenia oddziałów 17 DP i ich działań na kilku rozbieżnych kierunkach, płk Mozdyniewicz postanowił ponownie skupić swe siły. Do pułków wysłano rozkaz powrotu na poprzednio zajmowane stanowiska (68 pp do rejonu las Zofiówka – las Zygmuntówka, 69 pp do Cyprian). Decyzja ta została utrzymana w mocy, nawet po nadejściu pomyślnej wiadomości, że do Sochaczewa wkroczyła część III batalionu 68 pp. Dowódca 68 pp płk dypl. Adolf Nykulak ściągnął więc około godz. 22 spod Sochaczewa III batalion, którego dowódca w drodze powrotnej podporządkował sobie część I batalionu 68 pp (96).

Wydarzenia te, tak przedstawił w swej relacji dowódca 3 kompanii ckm 68 pp por. Lech Kantecki: „… Ja, jako najstarszy – w zastępstwie – gdy nadeszła godz. 15.00 dałem rozkaz do natarcia. Kompanie 8 i 9 oraz moja ckm, wraz z moździerzami i kompania przeciwpancerna por. Falaka, zbliżyły się pod Sochaczew. Byliśmy stale ostrzeliwani ale i wspierani własnymi ckm-ami i moździerzami. Zajęliśmy Sochaczew. Porucznik Szybczyński przeszedł po zerwanym moście ze swoją 8 kompanią oraz dwoma plutonami por. Rzeźnika. Reszta batalionu została jako odwód. Już ściemniało. Wysłałem pisemny meldunek przez cyklistę do majora Krajewskiego o wykonaniu zadania. Cyklista spotkał jednak dowódcę pułku Nykulaka. Ten zaraz łazikiem do nas przyjechał i osobiście pogratulował mi sukcesu. Kazał też na miejscu czekać na dalsze rozkazy. Sam pojechał do dowództwa 17 dywizji. Za godzinę przybył do batalionu mjr Krajewski. Objął dowodzenie i rozkazał wycofać się kompaniom spod Sochaczewa. Było już zupełnie ciemno, gdy dołączyliśmy do pułku” (97).

16 września około południa 6 bateria 17 pal (uzbrojona w 4 haubice wz. 1914/1919 Škoda, kal. 100 mm) dowodzona przez kpt. Ludwika Głowackiego zajęła stanowiska ogniowe na północnym skraju lasu Zofiówka. Punkt obserwacyjny baterii umieszczono w Żdżarowie, w domu Juliana Milczarka, stojącym przy szosie Ruszki – Sochaczew. Około godz. 13.30 bateria otworzyła ogień do czołgów niemieckich w rejonie folwarku Sokule. Kilka minut później z lewej flanki pojawiły się kolejne czołgi nieprzyjaciela, które szły falami z rejonu Adamowej Góry na stanowiska 6 baterii. Gdy znalazły się na przedpolu baterii, otwarty został niespodziewanie ogień. Było to dużym zaskoczeniem dla niczego nie spodziewających się Niemców. Ogień baterii był bardzo skuteczny. Czołgi zaczęły się palić jeden po drugim i zostały zmuszone do odwrotu. O godz. 14.00 z dworu w Ruszkach czołgi niemieckie uderzyły wprost na stanowiska ogniowe baterii na skraju lasu Zofiówka. I to natarcie zostało odparte celnym ogniem haubic. O godz. 15.00 bateria otworzyła celny ogień do Niemców zajmujących dwór Ruszki, zmuszając ich do odwrotu. Do walki włączyła się też 4 bateria 17 pal ppor. Adama Czartoryskiego. Jak się później okazało 6 i 4 bateria 17 pal zadały Niemcom bardzo dotkliwe straty. Zniszczyły 22 czołgi i 1 motocykl (30 motocykli Niemcy porzucili w dworze Ruszki). Natarcie 35 pcz 4 DPanc. i zmotoryzowanego pułku SS Leibstandarte „Adolf Hitler” na tym odcinku zostało zatrzymane (98).

Dramatyczne wydarzenia jakie rozegrały się w punkcie obserwacyjnym 6 baterii 17 pal w Żdżarowie opisał jej dowódca – kpt. Ludwik Głowacki: „… Nadjeżdża sprzęt z oficerem ogniowym, por. rez. Wiktorem Wawrowskim. Polecam skierować baterię na czerwony domek, przy szosie dwór Ruszki – Sochaczew, należący do wsi Antoniew – Żdżarów. Ani przypuszczałem, że wkrótce tam będę miał swój punkt obserwacyjny, że domek ten zapamiętam na całe życie… Po wydaniu rozkazów ruszam w dalszą drogę. Koło domku (gospodarza Juliana Mielczarka), na który skierowana była bateria, spotykam swój patrol telefoniczny z ppor. mgr. Antonim Głowackim, wymijam go kłusem i jadę dalej przez pola, na których stoją stogi zboża. Godzina 13.07, klacz moja „Wróżka” zatrzymuje się przed rowem odwadniającym. Nagle słyszę strzały z karabinu maszynowego, pociski padają prze mną. Zdziwiony rozglądam się. Na przedpolu, we wsi Antoniew – Żdżarów, aż do Karwowa jest przecież własna piechota. Pierwsza myśl – wypadek. Ale już druga seria karabinu maszynowego pada pod kopyta konia. Ktoś strzela wyraźnie do mnie. Wraz ze zwiadem kryjemy się za sterty i stamtąd obserwujemy teren. Jest! Jedzie czołg niemiecki w kierunku na Antoniew – Żdżarów. Nie dalej niż 400 metrów. Jeden celny strzał z broni przeciwpancernej naszej piechoty ze wsi unieruchamia go. Załogę biorą do niewoli. Na skraju krzaków w pobliżu folwarku Sokule widzę jednak dwa następne czołgi, które strzelają w naszym kierunku. Rozglądam się za dogodniejszym miejscem do obserwacji. Tymczasem telefoniści dociągnęli do mnie kabel telefoniczny. Otrzymuję meldunek: „Bateria gotowa!” Krótko zawiadamiam oficera ogniowego: „Czołgi!” Wracamy pieszo do zabudowań, które minęliśmy. Idę ostatni, by uspokoić zwiadowców i telefonistów. Pod osłoną stert, już pod ogniem nieprzyjaciela, wydostajemy się bez strat. Przy szosie widnieją trzy gospodarstwa, środkowe ma dom murowany. To właśnie ten, na który kazałem skierować baterię. Wybieram go jako punkt obserwacyjny i daję rozkaz zainstalowania w nim aparatu telefonicznego. Dom znajduje się pod ostrzałem broni maszynowej. Trudno wychylać się zza muru. W kuchni kobiety z dziećmi modlą się i płaczą. Nastrój nieprzyjemny. Z okna nic nie widać. Wychodzę z domu. Zza stodoły widzę baterię i ruch na stanowisku ogniowym. Urządzają stanowiska. Wracam do izby z myślą, aby dostać się na strych. Spotykam w sieni wystraszonego mężczyznę z tego gospodarstwa. – Gdzie drabina? – Drabiny nie ma! – Drabina musi być! Mężczyzna wychodzi, czołga się i przyciąga drabinę z radosną miną na twarzy, że wrócił żywy. Patrzę na zegarek, jest godzina 13.25. Źle, nie zdążę na 14.00 na podstawę wyjściową. Wydostaję się na strych i z okna obserwuję przedpole. Dwa znane mi już czołgi stoją przy stertach zboża i strzelają do zabudowań. Pociski bębnią po dachach. (…) Obserwuję dalej. Na stoku, koło zabudowań kolonii Janów i dalej, prawie aż do samego folwarku Sokule, widzę jakieś rozrzucone pstrokate kształty. Przedmioty te zaobserwowałem już uprzednio, jeszcze na dole. Zdawało mi się wtedy, że jest to stado pasących się krów. Dziwi mnie teraz, że nie poruszają się one. Nie mogę zorientować się, co to jest, umysł pracuje ciężko i ospale. Przecież to już szesnasty dzień wojny, a więc prawie szesnaście nieprzespanych nocy. (…) Nagle na tle folwarku Sokule wyrasta sześć czołgów (godz. 13.30). Strzelają do piechoty, która rozprasza się i kryje. Najwyższy czas by zacząć strzelać… (…) W tej samej chwili (godz. 13.35) uwagę moją przykuwa dziwne zjawisko. Ożyło nagle całe przedpole. Poruszyły się te nieruchome cielska niby-zwierząt. Obserwuję je z najwyższym napięciem. W ruchach przy zbliżaniu się coś mi przypominają. Coś potężnego, groźnego. Coś, co nie ma nic wspólnego z potulnym stadem krów, za które je brałem. Chwila największego skupienia. Nerwy napięte do ostatka. I nagle czuję jakby pchnięcie sztyletem w samo serce. Błysk zrozumienia strasznej prawdy. Czołgi! Cały masy brunatnych czołgów! Suną spokojnie w dwóch falach, o szerokości 800 metrów, jedna za drugą, wprost na mnie. Widać ich białe krzyże. Patrzę odrętwiały, czuję lodowaty chłód śmierci, która czai się obok. Żegnam się w myśli ze spokojnym do niedawna domem moim, moją żoną i dzieckiem. Jednocześnie podświadomie, z nawyku, obliczam odległość, obmyślam najskuteczniejszy ogień i sposób strzelania. Powoli tężeje we mnie wszystko. Jestem już spokojny. To nieważne, że zginiemy. Chodzi tylko o to, by zniszczyć choć jeden, dwa czołgi nieprzyjacielskie, bo cóż ja mogę zrobić z moją samotną baterią przeciw takiej potędze. Zmieniam komendę. Przenoszę ogień jednym pociskiem na środek masy czołgów. (…) Pociski zagradzają drogę czołgom, ale te wciąż zbliżają się. Słychać nieustanny ogień karabinów maszynowych i artylerii, strzelają na szerokim froncie, z tyłu zza stanowisk ogniowych baterii, gdzieś w rejonie Ćmiszewa – Szwarocina – Jeziorka – Złota, na odcinku sąsiada, 14 Dywizji Piechoty. Obok domu przechodzi grupka piechoty. Poznaję oficera, to ppor. Jan Szybczyński – dowódca 8 kompanii 68 pp. – Zatrzymajcie piechotę, dowódca do mnie! Wszedł na strych, popatrzył przez okienko. Bez słowa wrócił na dół i wydał rozkazy rozmieszczenia drużyny w zabudowaniach, Po chwili siedział koło mnie na rozwalonym starym łóżku. Milczał, aby mi nie przeszkadzać w robocie. Ucieszyłem się. Nie jestem już sam, mam przy sobie piechotę. Ogień baterii trwa przez cały czas. Pociski są celne. Niektóre wzniecają pożary. To palą się czołgi. (…) Natychmiast po zakończeniu walki złożyłem telefoniczny meldunek do dowództwa 68 pułku piechoty, podając krótko o przebiegu walki i o zniszczonych czołgach na przedpolu. W chwilę potem, wracając z odprawy u dowódcy 68 pułku piechoty, przechodził obok zabudowań dowódca III batalionu 68 pp, mjr Wojciech Krajewski, wraz z adiutantem, ppor. Romanem Roszakiem, poprosiłem go na strych, na swój punkt obserwacyjny, gdzie podałem mu cały przebieg walki, pokazując w terenie zniszczone, a niektóre jeszcze palące się czołgi. Mjr Krajewski, po wysłuchaniu, nic nie powiedział, odszedł w kierunku Sochaczewa, do swego batalionu. Praca na punkcie obserwacyjnym skończona. Zwijam go i śpieszę do wykonania właściwego zadania. Zatrzymał mnie jednak kpt. Aleksander Salwa, niestrudzony adiutant 68 pułku piechoty, i podał, że dotychczasowe rozkazy zostały odwołane. Na nowe nadal miałem czekać na miejscu. Byłem potem na pobojowisku. Zniszczonych i porzuconych zostało 29 czołgów niemieckich i 1 motocykl, a 30 motocykli natomiast porzucili Niemcy we dworze Ruszki. 6 bateria 17 pal zniszczyła 22 czołgi i 31 motocykli, w tej liczbie 4 czołgi i 1 motocykl strzelając ogniem na wprost. Natomiast 7 czołgów – piechota 25 DP, i tak: 2 czołgi na polu po południowej stronie szosy Giżyce – dwór Ruszki przez II batalion 60 pp; 56 pp faktycznie zniszczył 2 czołgi koło folwarku Sokule oraz 1 przed wsią Antoniew – Żdżarów, porzucone na skutek mego ognia pościgowego do innych zaliczyłem jako zniszczone przez 8 kompanię 68 pp, gdyż bezpośrednio nie strzelałem do nich. W następnym dniu rano na rozkaz dowódcy 17 DP, płk dypl. Mieczysław Mozdyniewicza, rozbite i porzucone czołgi zostały doszczętnie zniszczone przez saperów 25 batalionu ppor. rez. Stefana Pietrusiewicza i ppor. rez. Teodora Lamprechta, którzy po rozbiciu 25 baonu saperów 16 września w Adamowej Górze dołączyli do 17 DP” (99).

Oddziały 25 DP dopiero rano 16 września zaczęły przybywać do wyznaczonych rejonów (Juliopol – Adamowa Góra – Sarnów). Żołnierze byli zmęczeni nocnym, forsownym marszem. Był on bardzo trudny i wolny, gdyż drogi tarasowały tabory różnych jednostek obu armii. W oddziałach zdawano sobie sprawę, że obie armie są okrążone i że czeka ich przebijanie się do Warszawy. Mimo to nastroje w oddziałach były dobre. Gorszy moralnie lub słabszy fizycznie element wykruszył się, a pozostali w szeregu żołnierze należeli do najlepszych. Nad ranem 16 września dywizja otrzymała wydany o godz. 0.30 rozkaz GO do forsowania Bzury. Zadaniem 25 DP było opanowanie silnym prawym skrzydłem przedmościa na Bzurze na linii: Nowe Mostki – Mokas – las Wólka Aleksandrowska. Dowódca dywizji zamierzał wykonując główny wysiłek na południowym skrzydle, sforsować Bzurę zwartym natarciem dwóch pułków, opanować rejon: Mokas – Dzięglewo – Nowe Mostki – Feliksów i ostatecznie dotrzeć na wschodni skraj lasu dworu Teresin. W tym celu 56 pp przy bezpośrednim wsparciu II dywizjonu 25 pal miał sforsować Bzurę na odcinku: dwór Trojanów – Żukówka – i opanować kolejno: Kolonię Chodaków – Nową Wieś – Wypalenisko i dalej częścią sił działać na korzyść 17 DP. 29 pp i 9 batalion strzelców, mając jako bezpośrednie wsparcie III dywizjon 25 pal, miał sforsować Bzurę w granicach: Żukówka – las Borki i opanować kolejno: las folwarku Wólka Aleksandrowska – Olszowiec – Mokas – Żelazowa Wola. Natarcie miała ubezpieczać od północy kawaleria dywizyjna z zadaniem posuwania się po osi: Mistrzewice – Konary – Olszowiec – Komorów – Pawłowice, utrzymując łączność z GO Kawalerii gen. Abrahama. Odwód stanowił 60 pp, kompania kolarzy, samodzielna kompania ckm, 31 samodzielna kompania czołgów rozpoznawczych. Oddziały nie mogły od razu przystąpić do wykonania koniecznych przegrupowań, ponieważ żołnierze byli przemęczeni i musieli odpocząć. 25 DP, podobnie jak sąsiednie dywizje, miała być gotowa do natarcia o godz. 12.00, tak jak nazywał rozkaz dowódcy GO – gen. Knoll-Kownackiego. Dywizja nie rozpoczęła jednak forsowania Bzury, ponieważ działania rozpoznawcze niemieckiej broni pancernej i silny ogień artylerii zza rzeki zaalarmowały niegotowe jeszcze do natarcia, powodując ich przejście do obrony na podstawach wyjściowych. Nie dotarł zresztą do nich jeszcze w tym czasie wyżej wspomniany rozkaz dowódcy dywizji. W tym położeniu około godz. 12.00 rozpoczęło się natarcie niemieckiej 4 DPanc. 56 pp osiągnął Adamową Górę najwcześniej, bo jeszcze przed świtem. Nie mógł jednak udać się na odpoczynek, gdyż sytuacja na jego przedpolu budziła niepokój. Obserwowano wycofywanie się żołnierzy III batalionu 144 pp z grupy płk. Świtalskiego, mającego bronić na tym odcinku Bzury. Wobec tego dowódca 56 pp płk Wojciech Tyczyński rozkazał, aby: I batalion z plutonem armat ppanc. jak najszybciej obsadził las i wzgórze Karwowo i przygotował je do obrony; II batalion zajął odcinek na lewo na lewo od I batalionu 56 pp aż po Helenkę i nawiązał łączność z 29 pp, który miał być na północy; II dywizjon 25 pal zajął stanowiska w rejonie Altanki i był do wsparcia piechoty; III batalion jako odwód rozlokował się w zachodniej części Adamowej Góry. Wydany rozkaz natychmiast wcielono w życie. I batalion, po wypędzeniu niemieckich patroli ze wzgórza i lasu Karwowo, przystąpił tam do organizowania obrony. Przez cały czas 56 pp nie miał łączności z sąsiadami: ani z lewym – 29 pp, ani z prawym – 68 pp 17 DP. O godz. 8.00 na stanowiska I batalionu ruszyło natarcie piechoty niemieckiej z kilkoma czołgami, wspieranymi silnym, ogniem ciężkiej artylerii. Niemców, którzy wdarli się na prawe skrzydło, wyparł polski kontratak. Kilka czołgów zniszczono. Własna artyleria ostrzeliwała piechotę wroga, która usadowiła się przed stanowiskami I batalionu. Do południa trwała walka ogniowa. Ogień artylerii niemieckiej ciągle się wzmagał i zaczął się także wydłużać na pozycje II batalionu 56 pp i rejon Adamowej Góry zajmowany przez III batalion 56 pp. O godz. 17.00 gros I batalionu trzymało się w lesie Karwowo ostrzeliwane przez 3 baterie artylerii niemieckiej. 1 kompania I batalionu zajęła folwark Gawłów i most na Bzurze koło Trojanowa, skąd jednak została później wyparta przez kompanię niemieckiej piechoty wspartą 2 czołgami. O godz. 18.05 płk Tyczyński zameldował telefonicznie gen. Alterowi, iż na całym odcinku zajętym przez jego pułk rozpoczęło się nowe natarcie niemieckie. Kwadrans później donosił, że nieprzyjaciel obchodzi z północy lewe skrzydło pułku. Czołgi, które płk Tyczyński widział na swym północnym skrzydle należały prawdopodobnie do I batalionu 35 pcz, odchodzącego z folwarku Łęg w stronę Gawłowa, na skutek wydania przez dowódcę 4 DPanc. o godz. 17.00 rozkazu obsadzenia przyczółka: Łubianka – Gawłów – Helenka – Konary. Potwierdził to meldunek dowódcy I batalionu 56 pp z godz. 18.00 w którym donosił on o przebiciu się 6 czołgów i ich ruchu w kierunku Gawłów – Łubianka. Dwa z nich zniszczono. Obserwował on również ruch czołgów w Gawłowie, wskazując na ich odchodzenie ku przeprawom na Bzurze. 17 września o godz. 4.00 dowódca 68 pp wydał rozkaz do marszu na wschód. Po sforsowaniu Bzury, przez Puszczę Kampinoską, pułk miał dotrzeć do Warszawy. Gros pułku miało pójść od razu na przeprawę pod Mistrzewicami. II batalion miał zluzować I batalion 56 pp w lesie Karwowo i maszerując z tego lasu w kierunku Kistki – Chodaków osłonic od południa przekraczanie rzeki przez 17 DP. Około godz. 6 II batalion 68 pp z plutonem artylerii piechoty zluzował I batalion 56 pp, który odszedł przez Juliopol do Białej Góry. W chwilę potem II batalion 68 pp ruszył do natarcia na Kistki. Po wyjściu z lasu został jednak zatrzymany ogniem broni maszynowej i artylerii. Okopał się więc na uchwyconych stanowiskach i wytrwał na nich aż do godz. 15.00. Około godz. 13 oddziały niemieckiej 19 DP natarły od strony szosy dwór Ruszki – Sochaczew na Adamową Górę, tj. na tyły II batalionu 68 pp walczącego w rejonie lasu Karwowo. Wobec groźby okrążenia około godz. 16 batalion ten zaczął odchodzić na Juliopol, ale zaatakowało go i rozproszyło lotnictwo. Do lasu na północ od Białej Góry dotarły tylko resztki (100).

Kiedy tylko ucichły walki w Sochaczewie, do miasta zaczęli wracać jego mieszkańcy, którzy w obawie o swoje życie uciekali do swoich krewnych i znajomych mieszkających we wsiach leżących blisko Sochaczewa (Emilianów, Czyste, Wyczółki, Zakrzew, Białynin, Duranów, Orłów, Rokotów, Mikołajew). Jednym z nich był Eugeniusz Macewicz. Wracając z babcią do domu widział miejsca, gdzie toczyły się zacięte walki polsko-niemieckie: „… Poszliśmy wzdłuż toru kolejowego. Czym bliżej Sochaczew tym więcej było widać śladów po ostatnich walkach. Linia polskich okopów przebiegała wzdłuż zachodniej części nasypu kolejowego. Naprzeciw dzisiejszej parowozowni napotkałem pierwszą grupę zabitych polskich żołnierzy. Było ich sześciu, leżących w taki sposób jakby między nich uderzył pocisk artyleryjski. Prawdopodobnie w tym czasie spożywali posiłek, o czym świadczyły zdjęta hełmy i rozrzucone przez wybuch menażki. Na paskach ekwipunku wojskowego odczytałem dwa nazwiska: Władysław Boral i Bolesław Sapis. Przy ogrodzie majątku Czerwonka zauważyłem panią Garbolewską, właścicielkę majątku, jak wspólnie ze swoimi pracownikami, przygotowywała groby, aby pochować poległych żołnierzy. Podszedłem do nich. Do pochowku przygotowanych było już kilkunastu żołnierzy. Pani Garbolewska, którą znałem jako działaczkę PCK, rejestrowała zabitych, przełamywała aluminiowy znaczek rozpoznawczy, który każdy żołnierz miał przy sobie (jak medalik) i jedną część znaczka wkładała między zęby poległego. Przy przepuście kolejowym, a właściwie był to przepęd dla bydła, napotkałem znów zabitych kilku żołnierzy leżących w rowie i płytkich okopach, wraz z wielka ilością wystrzelonych łusek karabinowych i taśm do ciężkiego karabinu maszynowego, wypełnionych łuskami. Przepust dawał dobry wgląd na drogę Żyrardów – Sochaczew. Został więc najprawdopodobniej efektywnie wykorzystany do obrony. Idąc dalej napotkałem zabitego podporucznika. Leżał osunięty na skarpie nasypu kolejowego, na którego koronie stał ręczny karabin maszynowy. Leżało kilka pustych magazynków do rkm′u i jeden pełny. Podporucznik miał na piersiach „Visa” zamocowanego na typowym łańcuszku. (…) Poszedłem jeszcze po torach w kierunku stacji. Chciałem zobaczyć jak duże były zniszczenia w torowisku. W pociągach natknąłem się znów na trupy. Zawróciłem. Odgłosy walk na zachód i północ od Sochaczewa słychać było jeszcze bardzo wyraźnie. Tereny w kierunku wschodnim były opanowane przez Niemców. Kiedy tą samą drogą wracaliśmy na Czyste, żołnierze byli już pochowani w kilku grobach, w pobliżu miejsc gdzie polegli. Broń została już zabrana najprawdopodobniej przez Niemców” (101).

Po kilkudniowych walkach wiele domów i sklepów zostało splądrowanych. Pisał o tym w swych wspomnieniach Eugeniusz Macewicz: „… Mieszkanie było częściowo okradzione. Wiele też rzeczy leżało porozrzucanych przed domem. Poginęły przede wszystkim ojca cywilne ubrania. Kiedy w pamiętną niedzielę chowaliśmy cenniejsze rzeczy, zastanawialiśmy się czy schować również ojca nowe futro. Teraz oczywiście futra już nie było…(…) Poszedłem do miasta. O zrobieniu zakupów nie mogło jednak być mowy. Sklepy były porozbijane. Lud rabował już resztki. Zajrzałem do sklepu Barcińskich. Był prawie pusty. Przed sklepem Kruczyka stał ciężarowy samochód niemiecki. Żołnierze ładowali na niego bele materiałów. Była to konfiskata, czy zwykły rabunek? Miałem między innymi kupić szkło do lampy naftowej. Ostatnio takie szkło kupowałem w sklepie u Gutlasa. Poszedłem do niego. Na rogu przedwojennej ulicy 15 Sierpnia i chyba Wąskiej, Niemcy urządzali na gruzach budynku wyszydzającą scenkę propagandową. Był tam między innymi siedzący manekin ubrany w mundur polskiego żołnierza i Żyd nabity na stalową sztachetę z ogrodzenia. Z pewnej odległości wydawało mi się, że był to trup znajomego Żyda, który posługiwał w bóźnicy. Sklep Gutlasa był pusty. Za sklepem znajdował się duży magazyn, w którym walały się resztki jakiś towarów” (102).

Po zakończeniu bitwy nad Bzurą na pobojowisku pozostało wiele zniszczonej i porzuconej broni oraz sprzętu i oporządzenia wojskowego. Na polach wokół Sochaczewa pojawiły się setki wojskowych koni pochodzących z rozbitych oddziałów kawalerii, artylerii i taborów. Armaty, czołgi, samochody, zarówno polskie jak i niemieckie, sterty karabinów i innej broni były składowane obok stacji kolejowej w Sochaczewie, przy wieży ciśnień. O tym również wspominał w swej książce Eugeniusz Macewicz: „… W tym czasie, na polach wokół Sochaczewa, pojawiły się setki koni wojskowych z rozbitych polskich oddziałów kawalerii i artylerii. Duża z nich część była skrajnie wyczerpana. Sporo było też rannych. Lepsze konie wyłapywano. Robili to głównie wieśniacy z pobliskich wsi. Po polach walały się wielkie ilości siodeł odartych ze skóry. Po kilku dniach pojawiły się patrole niemieckie, które zabijały strzałami z karabinów wszystkie konie, które udało się im podejść. (…) Wokół wieży ciśnień, przy zbombardowanym magazynie kolejowym, na ogrodzonym placu tzw. syndykatu, w którego budynku mieliśmy siedzibę kolejowej drużyny harcerskiej, oraz na przyległych polach do syndykatu Niemcy urządzili magazyny przejściowe dla zniszczonego, w wyniku bitwy nad Bzurą, sprzętu wojskowego. Stało tam dziesiątki czołgów niemieckich podziurawionych pociskami przeciwpancernymi i artyleryjskimi, szczątki niemieckich i polskich samolotów wojskowych, setki samochodów wojskowych i cywilnych, a za ogrodzeniem przy budynku syndykatu sterty karabinów i różnej innej broni. Teren ogrodzony był chroniony przez wartowników niemieckich” (103).

Jeszcze w czasie toczących się walk Niemcy zaczęli tworzyć obozy jenieckie dla polskich żołnierzy. W czasie bitwy nad Bzurą duży obóz jeniecki powstał na terenie fabryki prochu w Boryszewie i leżącym nieopodal stadionie sportowym. Założony 15 września, funkcjonował przez 12 kolejnych dni do 26 września 1939 r. Zgromadzono tu około 2000 żołnierzy armii „Poznań” i „Pomorze” (m.in. z bydgoskiego Batalionu ON). W obozie niemiecki sąd wojenny 22 września 1939 r. skazał 50 jeńców z tej jednostki wojskowej na śmierć przez rozstrzelanie, w odwet za ich rzekomy udział w „krwawej niedzieli” w Bydgoszczy w dniu 3 września 1939 r. (104)

Jednym z jeńców obozu w Boryszewie był Roman Wańkiewicz, który opisał panujące w nim warunki: „… 22.IX przewieziono nas do Boryszewa pod Sochaczewem, do istniejącego właśnie obozu jenieckiego. Było już tam około 1500-2000 jeńców polskich. Obóz w Boryszewie był zlokalizowany na terenie jakiegoś zakładu, był ogrodzony drutem kolczastym i miał bocznicę kolejową (…) Przy wejściu do obozu robiono nam znowu rewizję osobistą i odebrano wszystkie dokumenty, żyletki, brzytwy, a nawet zabierano nam zegarki. Następnie ugrupowano jeńców w grupach po 50 osób (…) i tak w grupach mieliśmy leżeć bez ruchu na gołej ziemi. Odległość grupy od następnej grupy wynosiła 30-40 metrów. Oficerów zgrupowano osobno i po paru dniach gdzieś wywieziono. Ciężko rannych wywożono do organizującego się szpitala wojennego w Sochaczewie. Przez cały czas pobytu nie otrzymywaliśmy żadnego jedzenia, tylko ustawiono wiadro wody na jedną grupę 50 osobową. Na piąty dzień pobytu dopiero podano z kotła zupę z przegniłej kapusty. Kobiety z Sochaczewa próbowały kilkakrotnie przerzucić przez druty kolczaste bochenki chleba i czasem im się to udawało, lecz potem strażnicy niemieccy zaczęli strzelać nam ponad głowami, co odstraszyło kobiety. Panował więc w obozie dotkliwy głód i zimno (…) 26.IX. przed południem obóz w Boryszewie zaczęto likwidować” (105) .

O obozie w Boryszewie kilkakrotnie wspominał w swej książce „Opowiadanie niedokończone” ks. Tadeusz Kraszewski. Pod datą 15 września 1939 r. zapisał: „… Przyszła też pani Pęśkowa i mówiła, że fabryka – prochownia zamieniona została na obóz dla polskich żołnierzy, dziś już jeńców, strzeżonych przez Niemców. Mówiła o potrzebie organizowania żywności dla polskich żołnierzy”. W sobotę, 16 września 1939 r. zapisał: „… Kilka osób, pani Stanisława Pęśkowa, panny – Genowefa, Amelia, Zofia Stachurskie i moja mama, przygotowują gorące posiłki dla naszych żołnierzy, którzy są w niewoli w dwu obozach: w w fabryce prochu (prochowni) i na stadionie sportowym. W innych domach też wre praca. Na drodze do fabryki i na stadion widać osoby idące z wiadrami zupy, koszami chleba, warzyw i owoców. Umyte puszki po konserwach służą za naczynia do rozdzielania żywności – zupy. Do pomocy mojej mamie stanęli: Karol, Jurek, Wiesiek i dzieci pani Pęśkowej. Wacek i ja siedzimy na podwórku i „pilnujemy domu”. Nie wolno nam wychodzić za furtkę. Pogoda jest piękna, słoneczna. Coraz więcej osób idzie w kierunku obozów żołnierzy. Jedni z pożywieniem, inni wracają z pustymi naczyniami, aby przygotować nowe porcje. Tak upływa dzień dzisiejszy. Według opowiadania mamy i braci dziś nie było trudności w dostarczeniu pożywienia uwięzionym. Co będzie w dniach następnych? Jutro niedziela. Już dziś trwa przygotowanie na dzień następny zupy jarzynowej i chleba dla uwięzionych”. Następnego dnia zanotował: „… Pomoc żywnościowa polskim żołnierzom trwa. Jednak dziś Niemcy ograniczyli dostęp do ogrodzenia i zostały wzmocnione warty wokół obozów. Przy rozdzielaniu żywności śmierć poniósł jeden polski żołnierz, który został zastrzelony przez niemieckiego wartownika: „Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie”… Część polskich żołnierzy Niemcy wyprowadzają w kolumnach i prowadzą w kierunku Sochaczewa. Ludzie mówią, że idą do obozów w Żyrardowie. Skąd mają te wiadomości? (…) Do obozu uwięzionych polskich żołnierzy nie ma dostępu. Niemcy wzmocnili warty i nie dopuszczają już ludności cywilnej” (106).

O pomocy udzielanej jeńcom wojennym wspominał też Wojciech Piorun: „… Pierwszego dnia po powrocie do domu zobaczyłem jeńców polskich stłoczonych za przejazdem, na środku pola. Niemcy z wozów utworzyli czworobok i w nim ich zgromadzili. Jeńcy byli tak wyczerpani i głodni, że nie mieli siły się podnieść. Leżeli na gołej ziemi już kilka dni. W moim domu gotowaliśmy zupę, nakupowaliśmy masę chleba i moja zona Julia z córką Danką i kobietami z naszej ulicy zaniosły im wszystko. Początkowo Niemcy nie pozwalali nawet rozmawiać z jeńcami. Po paru dniach można było niektórych wykupić. Z całej okolicy przychodziły rodziny i żony i swoich wykupywały” (107).

Po kapitulacji Warszawy Niemcy kierowali do Sochaczewa tysiące polskich żołnierzy wziętych do niewoli. Oficerów pociągami wywożono do obozów jenieckich, szeregowców Niemcy zwolnili do domów. Pisał o tym Eugeniusz Macewicz: „… Okazało się, że Sochaczew został wyznaczony na punkt rozformowania polskich wojsk broniących Warszawy. Na polach za torami kolejowymi, wzdłuż szosy żyrardowskiej, rozlokowało się wielkie obozowisko z tysiącami polskich żołnierzy, z pojazdami wojskowymi i wozami chłopskimi zabranymi kiedyś na podwodę. Na naszym podwórzu pojawiły się kuchnie polowe, aby nabrać wody z hydrantu. W kuchniach gotowano przeważnie kaszę jęczmienną. Mieszkający u nas major niemiecki zainteresował się, jak smakuje potrawa przygotowana przez polskich kucharzy. Wyraźnie mu nie smakowała. Nic dziwnego. Była bez tłuszczu, a do tego przypalona. Kiedy major był w przedpokoju, weszli do naszego domu czterej polscy oficerowie. Generał, dwóch pułkowników i podpułkownik. Major niemiecki wyprężył się jak struna i im zasalutował. Wywiązała się krótka rozmowa po niemiecku. Oficerowie nasi poprosili mamę o zezwolenie na zakwaterowanie się na jeden dzień i umożliwienie ugotowania dla generała kleiku, gdyż cierpiał na żołądek. Nazwisko generała dobrze nie pamiętam. Wydaje mi się, że brzmiało ono Alter lub Albert. Korzystając z okazji chcieliśmy dowiedzieć się czegoś bardziej miarodajnego o sytuacji politycznej. Niestety nie wiele usłyszeliśmy konkretnych wiadomości. Oczywiście pocieszali nas, że wojna trwała, że był to dopiero początek. Pierwsza bitwa. Prawda, że przegrana. Z dwoma potęgami militarnymi nie mieliśmy jednak szans, aby ją wygrać. Przedłużenie walk mogło spowodować tylko znacznie większe straty i ofiary w ludziach, a straty i tak były bardzo dotkliwe. Kapitulacja Warszawy była honorowa. Oficerowie mieli przy sobie broń krótką. Na przejeździe kolejowym stała warta niemiecka, która nie pozwalała naszym żołnierzom przechodzić do miasta. Oficerowie mogli poruszać się bez żadnych ograniczeń. Co więcej, przed przechodzącymi oficerami polskimi wartownik prezentował broń. W tej smutnej sytuacji nawet takie gesty mnie pocieszały. Spotkałem kilku naszych nauczycieli, którzy byli oficerami. Między innymi naszego wychowawcę klasowego pana Wojtkowskiego i pana Kowalskiego. Namawialiśmy ich, żeby zostali Sochaczewie. Niestety odmówili twierdząc, że kapitulacja była honorowa, więc oni jako oficerowie muszą dotrzymać jej warunków. Odjechali podstawionym specjalnym pociągiem. Żołnierzy Niemcy rozpuścili ich do domów” (108).

Wędrówkę jeńców z Warszawy za zachód i ich pobyt w Sochaczewie przedstawił Tadeusz Pietrzak – plutonowy podchorąży 29 Pułku Strzelców Kaniowskich stacjonującego przed wojną w Kaliszu: „… Znów jesteśmy na szosie. Mijają nas kolumny zwycięskiej armii kierującej się na Warszawę i mijające nas w drodze powrotnej do domów grupki cywilów. Patrzymy na nich z zazdrością, ich droga zbliża się do kresu. (…) Minęła północ gdy dotarliśmy do zniszczonego działaniami wojennymi – Sochaczewa. Przeszliśmy przez uśpione już miasto i zatrzymaliśmy się na postój poza jego rogatkami na nocleg. Noc była zimna, szczęściem nieopodal stał stóg słomy. Wysłałem Klimczaka z Mikołajczykiem po słomę, gdy przyszli położyłem się obok nich i mimo dokuczliwego zimna zasnąłem. Obudziliśmy się coś koło jedenastej. Była środa, pierwszy dzień października. O śniadaniu raczej nie było mowy wstałem więc i skierowałem się w stronę krzątających się Niemców. Jedni myli się, inni jedli, inni znów czytali gazety. Tym właśnie zachęcony zbliżyłem się i poprosiłem o gazetę – „Völkischer Beobachter”. Na pierwszej stronie komunikaty o zwycięstwie i ustaleniu granic między Niemcami a Rosją Sowiecką. O Zachodzie ani słowa. Zwracam się z pytaniem do młodego feldfebla co się dzieje na froncie zachodnim. Niestety, wieści stamtąd są niezbyt pocieszające. Armia niemiecka zatrzymała się na linii Zygfryda i praktycznie żadnych działań wojennych. (…) Nasi kapelani odprawili nabożeństwo polowe. Cały obóz klęczał modląc się żarliwie. Tysiące jeńców wzniosło swoją rozpacz i nadzieję do Boga. Niemcy jak gdyby nigdy nic łazili obok nas, rozmawiając i śmiejąc się. Na zakończenie mszy nad obozem uniosła się pieśń „Boże, coś Polskę” jednocząc wszystkich śpiewających. Nastrój tej pieśni udzielił się również Niemcom, bo choć nie rozumieli słów, przestali nagle chodzić i pozwolili nam skończyć. (…) Szczęk menażek przerwał mi rozmowę. Ponieważ nie miałem menażki, jadłem obiad z jednej menażki z Mikołajczykiem. Po obiedzie nastąpił rozdział zapasów. Pamiętajcie – mówił Solarek – że to jest reszta i musicie oszczędnie jeść. Każdy z kompanii dostał kawałek szynki konserwowej, trzy suchary, 10 papierosów i dwie kostki kawy. Zostało nam jeszcze trochę kaszy, ale z niej będzie na parę dni zupa na obiad. Między 3-cią a 4-tą po południu znów wyruszyliśmy w drogę. Może to już ostatni przemarsz łudziliśmy się” (109).

W bitwie nad Bzurą – w czasie walk o Sochaczew i w jego okolicach – rannych zostało setki polskich żołnierzy. Mieszkańcy Sochaczewa i rzesze uciekinierów kierujące się przez miasto na wschód również dotkliwie odczuli skutki napaści Niemiec na Polskę. Od początków września 1939 r. miasto było celem ataków niemieckiej Luftwaffe. W czasie walk o Sochaczew, szczególnie między 13 a 16 września, miasto zostało poważnie zniszczone. Wiele budynków zostało zburzonych i spalonych. Walki o Sochaczew pociągnęły za sobą także liczne ofiary wśród ludności cywilnej, która również bardzo ucierpiała na skutek długotrwałego i intensywnego ostrzału artyleryjskiego oraz bombardowań lotniczych.
Miejscowy Szpital Powiatowy św. Jozefa nie był przygotowany na przyjęcie tak wielkiej liczby rannych żołnierzy i cywili. Część z nich znalazła schronienie w prowizorycznie przygotowanych trzech izbach w sąsiednim budynku. Działania wojenne we wrześniu 1939 r. nie spowodowały większych zniszczeń w szpitalu. W nieznacznym stopniu uszkodzone zostały kaplica i apteka szpitalna, a od huku dział i rozrywających się pocisków oraz bomb powypadały szyby. W pierwszych dniach września Władysław Kuśmider, który w szpitalu pełnił funkcję palacza, woźnicy i zaopatrzeniowca pomalował dach szpitala białą farbą i oznaczył czerwonym krzyżem. Takie oznakowanie budynku miało uchronić szpital przed atakami lotnictwa niemieckiego. Przedwojenny dyrektor szpitala – dr Józef Machowicz 27 sierpnia 1939 r. otrzymał kartę mobilizacyjną i musiał się stawić w Wojskowym Szpitalu Ujazdowskim. Z personelu lekarskiego pozostał tylko dr Bolesław Czudowski, który został dyrektorem szpitala i student medycyny Janusz Biernacki. Obok nich pozostali w szpitalu jedynie pielęgniarka – siostra Agnieszka, Władysław Kuśmider oraz Ryszard Łakomski. Ten wówczas 16-letni chłopak służył, jak to określił, „do wszelkiej pomocy” – był posługaczem, pielęgniarzem, woźnicą pracownikiem odpowiedzialnym za sterylizację narzędzi chirurgicznych oraz grabarzem. Kiedy rozpoczęły się bombardowania i ostrzał artyleryjski Sochaczewa, a następnie rozgorzały zacięte walki o miasto, w szpitalu pojawiła się ogromna liczba rannych, których przybywało bez ustanku w dzień i w nocy. Leżeli oni na materacach, sianie i słomie, a nawet na gołej podłodze. Lekarze – Bolesław Czudowski, Janusz Biernacki oraz dwaj lekarze, uciekinierzy z Poznania (jednym z nich był dr Witold Wojda-Posłuszny), siostra Agnieszka, a w późniejszym okresie pielęgniarka Natalia Roszczyk i studentka medycyny J. Gładka pracowali bez wytchnienia dzień i noc. Ryszard Łakomski i brat Szymon, franciszkanin z Niepokalanowa, pracowali w salach operacyjnej i opatrunkowej, utrzymując je w należytej czystości. Oprócz tego zajmowali się sterylizacją narzędzi i materiałów potrzebnych do operacji. Prawie codziennie wynosili w wiadrze z sali operacyjnej amputowane kończyny ciężko rannych żołnierzy i zakopywali je w szpitalnym ogrodzie położonym nad Bzurą. Tam też chowano zmarłych w szpitalu. Pierwszą osobą, która została pochowana w ogrodzie szpitalnym była 19-letnia dziewczyna z Poznania – Lidia Bąkowska. Przywieziono ją do szpitala ranną pod Sochaczewem podczas bombardowania. Niestety, z powodu poważnych obrażeń zmarła w czasie operacji. Warunki w szpitalu pogarszały się z każdym dniem. Brakowało łóżek, a operacje przeprowadzano w bardzo trudnych, często prymitywnych warunkach. W tej sytuacji należało znaleźć i zaadoptować jakiś budynek na prowizoryczny, tymczasowy szpital. Wybór padł na dwie szkoły powszechne, które znajdowały się przy dzisiejszej ul. Hanki Sawickiej. Obiekt otrzymał nazwę Szpital Polowy nr 802. Szpital Powiatowy św. Józefa pomagał szpitalowi polowemu, przekazując mu materiały opatrunkowe i narzędzia chirurgiczne. Zanoszono je tam co dwa lub trzy dni, czasami nawet codziennie. Lekarze ze szpitala powiatowego często również wspierali personel szpitala polowego swoją wiedzą i umiejętnościami. Kapelan szpitala powiatowego ks. Franciszek Domański codziennie jeździł do szpitala polowego, gdzie odprawiał mszę św., spowiadał rannych żołnierzy oraz udzielał Komunii Świętej (110).

Jednak pierwszy, prowizoryczny szpital polowy powstał dużo wcześniej – 5 września 1939 r. Funkcjonował on bardzo krótko, bo tylko dwa dni, 5 i 6 września. Na jego potrzeby zaadaptowano gmach gimnazjum (dzisiejsze LO im. Fryderyka Chopina przy ul. 15 Sierpnia 4). Organizatorem szpitala był lekarz wojskowy, por. rez. Tadeusz Widmański, który we wrześniu 1939 r. służył w I batalionie sanitarnym w Warszawie. 3 września otrzymał on rozkaz udania się do Sochaczewa i urządzenia tam szpitala polowego oraz stacji rozdzielczej na dworcu kolejowym, skąd ranni mieli być następnie ewakuowani do Warszawy. O świcie 5 września dr Widmański razem z przydzielonymi mu 2 pielęgniarkami i 13 sanitariuszami, samochodem ciężarowym na którym znalazł się też sprzęt medyczny (narzędzia chirurgiczne, nosze, leki i środki opatrunkowe), udał się do Sochaczewa. Od starosty uzyskał zgodę na zajęcie na potrzeby szpitala budynku w którym mieściło się gimnazjum. W organizację szpitala, wyposażenie go m.in. w łóżka, sienniki i koce włączyła się sochaczewska młodzież pełniąca służbę w Przysposobieniu Wojskowym. Zajęła się ona również sprawami aprowizacji. Szpital bardzo szybko zapełnił się rannymi. Już po kilku godzinach było w nim 82 rannych. Dlatego wieczorem 5 września dr Widmański podjął decyzję ewakuacji rannych do Warszawy. Udało mu się zarekwirować w mieście ponad 30 furmanek, na których rannych przewieziono na stację kolejową, skąd zabrać ich miał najbliższy pociąg. Jednak wcześniej, przed przybyciem pociągu, rannych zabrały sanitarki, które wieczorem przyjechały z Warszawy. Jednak do szpitala cały czas przywożono rannych żołnierzy i cywili. Wieczorem 6 września dr Widmański otrzymał z Warszawy polecenie niezwłocznego i całkowitego ewakuowania całego szpitala. Tym razem nie zapewniono mu żadnego transportu. Musiał to zrobić na własną rękę. Szczęśliwie w szpitalu zjawił się lekarz wojskowy w stopniu kapitana, który przywiózł do szpitala 4 ciężko rannych żołnierzy. Przyjechał on z kilkoma ciężarówkami, na których przewożona była ciepła bielizna dla żołnierzy znajdujących się pod Kutnem. Dr Widmańskiemu udało się przekonać przybyłego kapitana, aby oddał mu ciężarówki, na których miano przewieźć rannych do Warszawy. Z samochodów usunięto wierzchnia warstwę bielizny, na pozostałej, która stanowiła miękki materac, ułożono ewakuowanych rannych. Z Sochaczewa wyjechano po godzinie 2.00 w nocy 7 września. Wczesnym rankiem kolumna dojechała do Warszawy. Ranni znaleźli miejsce w Szpitalu Ujazdowskim. O sochaczewskim szpitalu dr Widmański pisał w cytowanej już wcześniej książce „Szpital w niewoli”: „… Dobrze, że pan przyjechał, pełno tu po domach rannych. Nie mają oni opieki i warunków dalszego transportu, a coraz to nowe furmanki z rannymi przyjeżdżają. Niech pan zajmie pod szpital gmach gimnazjum, o łóżka i pomoc proszę się zwracać do Przysposobienia Wojskowego. Budynek gimnazjum położony z dala od śródmieścia, otoczony był obszernym dziedzińcem, z dwóch stron obsadzonym dość wysokimi drzewami. Młodzież z Przysposobienia Wojskowego zakrzątnęła się ochoczo. Zaczęto znosić łóżka, sienniki, koce. O godzinie dwunastej zaczęto zwozić rannych. O czternastej miałem ich już 82. W starostwie zalecono mi nie oznaczać budynku szkoły znakiem czerwonego krzyża, bowiem, jak powiedział starosta, są wiadomości, że Niemcy zaciekle bombardują takie budynki. O trzynastej trzydzieści naloty niemieckie objęły okolicę dworca kolejowego, mostów na Bzurze i bodaj właśnie budynek gimnazjum. Coraz to nowe leje wyrastały na placu szkolnym. Z brzękiem wypadały szyby okien. W tym czasie, z pomocą moich dwóch sanitariuszek, operowałem i zakładałem opatrunki. Siostry, podobnie zresztą jak i sanitariusze, zachowywały się dzielnie. Gorzej było z rannymi. Wielu z nich nerwowo nie wytrzymywało kilkakrotnych nalotów i świstu spadających bomb. Już w nałożonych opatrunkach zwlekali się z łóżek czy noszy i zsuwali po schodach do piwnic. Czołgając się zdzierali sobie opatrunki, otwierały się rany. Trzeba było ponownie je opatrywać. Poza bezpośrednią pracą przy rannych, należało myśleć o zaprowiantowaniu. Młodzież szkolna przyniosła kilka wiader kartoflanki i chleba. Punkt sanitarno-odżywczy, jaki miał dołączyć do mnie w ciągu dnia, nie nadchodził. Wyprawiłem tedy do miasta kaprala i dwóch sanitariuszy po zakup cukru, herbaty, kawy zbożowej, kaszy, słoniny, masła, chleba, jarzyn i mięsa. Pod wieczór z przyniesionych prowiantów mieliśmy już pożywną mięsną zupę. Wciąż dowożono rannych. Wszystkie łóżka i nosze były zajęte – powstała konieczność wyewakuowania wieczorem rannych. Kiedy zameldowałem telefonicznie w Komendzie miasta w Warszawie moją sytuację, oświadczono mi, że karetki po rannych przyjadą w ciągu najbliższych dwóch godzin. (…) Należało śpiesznie zorganizować transport na własna rękę. Wysłałem dwóch podoficerów i czterech sanitariuszy z rozkazem zarekwirowania i sprowadzenia przed szpital wszystkich napotkanych zaprzęgów konnych. Po pół godzinie miałem do dyspozycji ponad trzydzieści zaprzęgów konnych. Przyuczeni już sanitariusze i członkowie PW sprawnie załadowali rannych na furmanki. Posuwając się powoli, z uwagi na wyboistą drogę, tabor wozów dotarł do stacji. (…) Kiedy większość rannych została już ułożona w poczekalni, nadjechały sanitarki z Warszawy. Ranni mogli nareszcie zostać ewakuowani. Zwolniłem furmanki, dziękując ich właścicielom za pomoc. Wszyscy zgodnie odpowiedzieli: – To nic, tak trzeba. Kiedy wróciłem do szpitala, czekali tam na opatrunek nowo przybyli ranni. Opatrunki i zabiegi operacyjne wykonywałem w zaciemnionym korytarzyku, przy świetle dwóch kieszonkowych latarek elektrycznych i świec. Świtało już, kiedy ukończyłem pracę. Tego dnia wieczorem, kiedy nareszcie uzyskałem połączenie z Warszawą, polecono mi niezwłocznie wyewakuowanie całości szpitala wraz z rannymi do Warszawy. Ewakuować mam na własna rękę. Rozkaz to rzecz święta i należy go wykonać. Ale jak? Pociągi nie chodzą, władz wojskowych, a tym bardziej cywilnych w Sochaczewie nie ma. Ewakuować furmankami ciężko rannych do odległej o pięćdziesiąt dwa kilometry Warszawy, to nonsens. W drodze większość się wykończy.” (111).

Przygotowaniem Szpitala Polowego nr 802 zajęły się oddziały Obrony Narodowej. Jednym z jego organizatorów ze strony polskiej służby sanitarnej był mjr lek. Jerzy Saciuk – naczelny lekarz 55 pp. 21 września po przybyciu grupy lekarzy ze Szpitala Wojennego nr 802 w Giżycach komendantem szpitala został ppłk dr Jan Pęski, naczelnym chirurgiem kpt. lek. Jan Lemańczyk. Wśród personelu tego szpitala znaleźli się też inni lekarze wojskowi: kpt. lek. Giziński, Bernard Gmerek, ppor. lek. Zbigniew Turski, Zimiński, Stefan Jezierski, Leon Markheim, por. lek. Wacław Iwanowski. W czasie trwania działań wojennych, pomocą służył, operując rannych w bitwie nad Bzurą żołnierzy, ppor. lek. Stefan Wesołowski. W sochaczewskim szpitalu pracował on od 21 września do 8 listopada 1939 r., kiedy to udało mu się przenieść do Szpitala Świętego Łazarza w Warszawie (112).

Tak opisał on swe pierwsze dni pobytu w Szpitalu Wojennym nr 802 w Sochaczewie: „… Dnia 18.IX.1939 r. około godziny 14-15 w Giżycach w szpitalu dla rannych wpadliśmy do niewoli niemieckiej. Dnia 21.IX.39 r. w czwartek po południu przewieziono nas do szpitala w Sochaczewie. Zmrok już zapadł, kiedy stanęliśmy przed szkołą powszechną, gdzie ulokowano rannych. Budynek postrzelany, w ścianie w szczycie olbrzymia dziura od kuli armatniej. Szyb nie ma w całym gmachu. Obok budynku leżą ławki, szafki, pomoce szkolne, książki, zeszyty, obrazy, podobizny naszych wielkich mężów. Niemiecki lekarz dzieli nas na zespoły, obejmujemy szpital: płk Pęski zostaje komendantem, kpt. Lemańczyk obejmuje salę operacyjną, a ja jestem jego asystentem. Ze starych znajomych jest dr Turski. Zakwaterowujemy się w maleńkim pokoiku. Rannych około tysiąca, nieopatrywani od kilku dni, bez jedzenia, bez wody, bez światła i ubikacji, na korytarzach kałuże moczu. Nazajutrz rozpoczynamy pracę, cały dzień do późnej nocy robimy opatrunki. Na naszym piętrze mamy 160 rannych. 22.IX.39 r. z samego rana robię amputację. Lekarz niemiecki, major Grūnow, oficer z wielkiej wojny, z jednym szklanym okiem, dba o naszych rannych, stara się, jak może, często własnym autem przywozi rannych żołnierzy i cywilów. Pierwsze dni pobytu w Sochaczewie upływają nam na szalonej pracy. Wieczorem i w nocy nasłuchujemy trwożliwie odgłosów walki, dalekie wybuchy artylerii dawały nam znać, że Warszawa i Modlin bronią się jeszcze …” (113).

W szpitalu pracowali także: dr Czudowski, dr Korzyński, studenci medycyny – Janusz Biernacki i J. Gładka oraz pielęgniarki – Bronisława Artysz, Lucyna Hermanowska, Helena Sylwestrzak, Kunegunda Tucholska (siostra PCK), ze szpitala powiatowego zostały tam oddelegowane siostry: Marta, Bronisława i Elżbieta. Warunki w szpitalu pogarszały się z każdym dniem. Nie starczało łóżek, rannych układano na podłodze, na słomie, brakowało lekarstw i środków opatrunkowych. Operacje przeprowadzano w niezwykle trudnych, prymitywnych warunkach 18 września Niemcy zamienili szpital polowy na jeniecki. Komendantem szpitala został niemiecki oficer dr Redl. Razem z nim przybyło trzech innych lekarzy niemieckich, którzy pomagali w leczeniu rannych żołnierzy, polskiemu personelowi medycznemu (114).

Po zajęciu Sochaczewa przez Niemców sytuacja nie zmieniła się na lepsze, wciąż brakowało leków i środków opatrunkowych, a warunki były wręcz tragiczne. Pisała o tym pracująca w tym szpitalu jako pielęgniarka Lucyna Kamińska (z d. Hermanowska): „… Sytuacja w szpitalu z każdym dniem stawała się coraz tragiczniejsza. Rannych przybywało przez całą dobę. Przywożono ich furmankami z okolicznych wsi gdzie toczyły się zacięte walki, przynoszono na noszach, przychodzili sami. Z braku łóżek kładziono ich wprost na podłodze. Lekarze w ogóle nie spali, bez przerwy operowali w najbardziej prymitywnych warunkach jakich nie można dziś wyobrazić. Nie było mowy o aseptyce, brakowało wody, nikt nie mył rąk przed operacją, a jedynym środkiem odkażającym był spirytus dostarczany z pobliskiej gorzelni w Bielicach. Musiał on też zastąpić środki usypiające. Operowano przy świeczkach i lampach naftowych ponieważ nie funkcjonowała elektrownia. Robiliśmy co było w naszej mocy by ratować żołnierzy, pomimo to śmiertelność była duża. Wystarczy pójść na tutejszy cmentarz, aby przekonać się ilu rannym nie udało się przeżyć tej makabry …” (115).

Sytuację panującą w szpitalu opisał też w swych wspomnieniach Bolesław Kasprzak – szer. kompanii łączności 25 DP, ranny w bitwie nad Bzurą: „… 17 września koło miejscowości Ruszki dostałem się do niewoli niemieckiej. To że nie zostałem dobity przez rozwścieczonego oficera zawdzięczam znajomości języka niemieckiego. Po wielu perypetiach, z ciężką raną prawego płuca znalazłem się w szpitalu w Sochaczewie. Mieścił się on w dwóch szkołach podstawowych. Warunki tu były okropne, leżeliśmy na gołej podłodze jeden obok drugiego w strasznej ciasnocie. Wszystkie sale i korytarze były wypełnione rannymi i umierającymi. Po pewnym czasie dostaliśmy trochę słomy której i tak dla wszystkich nie starczyło. Nie było mowy o żadnej pościeli, ani o tym, by się w cokolwiek przebrać. Każdy pozostawał w swoim zakrwawionym mundurze, tak jak dostarczono go z pola bitwy. Przez kilka tygodni w ogóle nie myłem się, nie było wody ani mydła. Panował głód i choroby zakaźne. Wielko pomoc okazywali dla nas mieszkańcy Sochaczewa. Spieszyli nam z pomocą przynosząc jedzenie, odzież, pościel, lekarstwa i bandaże, opatrywano rannych. Dzięki nim wielu żołnierzy przeżyło a w tej liczbie i ja …” (116).

20 września do szpitala wojennego w Sochaczewie trafił Jan Białecki, ranny 19 września w rękę i w nogę, kiedy po sforsowaniu Bzury usiłował dostać się do Puszczy Kampinoskiej. W swoich obszernych wspomnieniach przedstawił warunki panujące w szpitalu: „… Przedpołudniem dojechaliśmy do Sochaczewa. W szpitalu leżało pełno żołnierzy niemieckich. Duża dwublokowa szkoła miała pomieścić rannych polskich żołnierzy. Sale duże, w każdej sali leży na gołej podłodze (cemencie) około 30 rannych. (…) Na naszej Sali nr 1 na parterze w bloku pierwszym, leżało nas 28. Było kilku ciężko rannych, byli lżej ranni, wewnętrznie chorzy (czerwonka). Było też dwóch tylko potłuczonych i jeden, któremu wóz przejechał nogę. Pierwszy dzień w szpitalu przeszedł bez spania. Opatrunków nie robiono, jeść ani pić przez cały dzień nie dostaliśmy. Wśród jęków rannych i konających przeszła pierwsza noc. Wyznaczeni zostali tylko przez Niemców sanitariusze dla poszczególnych sal, którzy jednak mieli dbać tylko o porządek w sali, wynoszenie umarłych i pomoc rannym w usłudze. Rannych zwożono coraz więcej z pobojowisk. Zapełniały się miejsca, rany od kilku dni nie opatrywane gniły powodując ciężkie powietrze. Było już kilku lekarzy (znany mi dr Jezierski), chodzili jednak bezradni, nie mając lekarstw ani opatrunków. Nadszedł dzień 21 września, a więc 3 dzień, jak zostałem ranny, a dla niektórych żołnierzy nawet dziewiąty. Opatrunki w tym czasie nie były zmieniane, rany gniły, bandaże zesztywniały. Zaczęto więc już zmieniać opatrunki. Do opatrunków dostarczyli już Niemcy zebrane na pobojowiskach bandaże, ligninę, watę, nadmanganian potasu do odkażania. Stosunkowo było więc dość dużo. Od samego początku rozpoczęto stosowanie suchych opatrunków. Odrywanie zesztywniałych bandaży od ran było bardzo bolesne. Po odwinięciu i oderwaniu bandażu poprzedniego przemywano ranę wodą odkażoną, zakładano świeżą gazę i na nowo bandażowano. W dniu 21 września dostaliśmy też pierwszy obiad (kleik z mąki i kawałek chleba). Od dnia 23 września zaczęliśmy otrzymywać obiady normalne z kuchni polowych bez uwzględnienia jednak jakichkolwiek diet. Nie mogę teraz opisywać jednego dnia po drugim, gdyż były do siebie uderzająco podobne. Różniły się tylko coraz gorszym pożywieniem i brakiem przegotowanych napojów. Nastąpiła też względna poprawa warunków zewnętrznych. W sali, w której leżeliśmy, były powybijane wszystkie okna, prawdopodobnie od granatów czy bomb, które w najbliższej okolicy wybuchały. Był więc straszny przewiew i w nocy zimno. Ja miałem koc i płaszcz, dlatego mogłem wytrzymać. Byli jednak tacy żołnierze, którzy tylko mieli płaszcz i co noc szczękali zębami z zimna. Okna te jeden z żołnierzy niemieckich (strażnik) pozatykał nam tekturą i obrazami biblijnymi ze szkół i dyktą. Należy dodać, że żołnierze ci, Bawarczycy, byli dla nas dość grzeczni. Nie odczuwaliśmy wcale, że jesteśmy jeńcami. Zresztą wychodzić i tak nie mogliśmy, dlatego nie mogliśmy wejść w żaden konflikt z nimi. Wypuszczali jednak sanitariuszy naszych do miasta aby mogli nam coś kupić do jedzenia lub picia. Również ci żołnierze postarali się o większą ilość słomy dla nas, tak że nie odczuwaliśmy już tak twardości podłogi. Słoma ta jednak pod niektórymi żołnierzami, zwłaszcza pod cierpiącymi na czerwonkę, zmieniała się szybko w mokry cuchnący gnój. Był on jednak dość szybko usuwany, gdyż i chorzy przenosili się szybko na wieczny spoczynek. Początkowo właśnie na czerwonkę najwięcej ludzi umierało. Były również zakażenia spowodowane zbyt późnymi opatrunkami i brakiem zastrzyków przeciwtężcowych. Około 1 października rozpoczęto dopiero pierwsze operacje. Były one jednak przeważnie spóźnione, a z braku odpowiednich sterylizatorów z reguły śmiertelne. Dochodziło przecież do tego, że zwyczajna operacja jak usuniecie obcego ciała (odłamka lub pocisku) powodowało śmierć. Rzecz jasna, że nie można winić lekarzy, którzy pracowali w bardzo prymitywnych warunkach. Dużo spustoszenia robiła także czerwonka (dur brzuszny). Głód i wycieńczenie powojenne było przyczyną, że chorzy jedli co im przyniesiono a pili co tylko przypominało napój. Z miasta silnie zniszczonego przez bombardowanie, miłosierne ręce przynosiły rannym żołnierzom nie tylko gotowane obiady, ale i produkty jesieni, które nie odkażone powodowały szybki rozwój choroby żołądka, jak pomidory, ogórki kiszone i surowe, jabłka i gruszki, często prosto z ogrodów, mleko często nie przegotowane i woda najczęściej prosto ze studni. To przyczyniło się do rozszerzenia tyfusu. Diety żadnej nie było, dawano raz na dzień jakiś proszek i to wszystko. (…) Nasza sala była właśnie w tym szczęśliwym położeniu, że było kilku lżej rannych, którzy rzeczywiście dużo pomagali rannym. Wynosili podsuwacze, myli rannych a nawet pomagali wynosić rannych do opatrunków. Szlachetny objaw, że właśnie polscy żołnierze, sami ranni, dużo pomagają innym, więcej poszkodowanym. Uprzątanie sali też do nas należało. Słoma z naszych legowisk rozwłóczyła się zaśmiecając korytarzyki, tak, że często trzeba było sprzątać. Najgorszy kłopot był jednak z jedzeniem. Nie było po prostu czym i na czym jeść i pić. W całej sali tylko czterech żołnierzy miało menażki, a 8 łyżki. Reszta nic nie miała. Trzeba więc było ze śmietników powyciągać stare puszki po konserwach i po umyciu w zimnej wodzie rozdać chorym. Naczynia te po obiedzie znowu myło się w zimnej wodzie. Łyżki pożyczał jeden drugiemu. Najgorzej jednak było z brakiem noży. Niemcy poodbierali wszystkie noże i brzytwy, tak, że nie było czym ukroić chleba. Dopiero po tygodniu zaczęliśmy otrzymywać mniej więcej wystarczającą ilość chleba, naturalnie bardzo nieregularnie. W okresie od 22.IX. do 11 października otrzymaliśmy też dwa razy porcję smalcu (5 dkg), 2 razy po 5 dkg marmolady i raz 5 dkg konserwy pasztetowej. Kilka razy otrzymaliśmy też niemieckich sucharów. Były one niesmaczne i nie wytrzymujące porównania z polskimi. Obiady początkowo nawet niezłe i zwierające dość dużo tłuszczu, później stały się prawie niemożliwe do przełknięcia. Kapuśniak, kartoflanka, raz na tydzień rosół z makaronem z maleńką odrobiną wołowiny. Kawa lub herbata były początkowo dość słodkie – później gotowane z niemieckich konserw i kilkakrotnie chyba na tych samych fusach stały się gorzką, zabarwioną wodą. Całe szczęście, że woda ta była przegotowana. Lekarzy w szpitalu było dość dużo. Sanitariuszy polskich było na każdą salę po jednemu i kilku niemieckich na Sali opatrunkowej operacyjnej. Było i kilka sióstr-pielęgniarek miejscowych, które choć nie spełniały żadnych prac sanitarnych, pomagały żołnierzom w niedoli, dostarczały książek, owoców, napoju lub czegoś do jedzenia. Sanitariuszki te nie mierzyły chorym temperatury, gdyż nie było termometrów, nie robiły zastrzyków, ani nie podawały lekarstw, gdyż ich nie było. Nie robiły nawet opatrunków, gdyż lekarze nie mieliby co robić. Jednym słowem starały się tylko to życie uczynić znośniejszym, nie mogąc nam pomóc w chorobie ani śmierci oddalić. Śmierć, którą realnie ujrzałem w czasie tej wojny, nie robiła już na mnie żadnego wrażenia. (…) W pierwszych zaraz dniach pobytu w szpitalu przyszedł do nas ksiądz niemiecki – katolik i udzielił nam ogólnego rozgrzeszenia. Nasz ksiądz przyszedł dopiero po kilku dniach, nie pokazywał się zbyt często, gdyż miał dużo pracy w mieście i w okolicy, gdzie było dużo rannych i ciężko chorych. Do naszego szpitala przywożono chorych i rannych z Giżyc, gdzie podobno były jeszcze gorsze warunki z wyżywieniem i opieką lekarską. Przez szpital przechodzili też chwilowo chorzy jeńcy z obozów jenieckich. Opowiadali oni straszne rzeczy o swoim losie. Na kolczastym drutem ogrodzonych placach, żołnierze polscy leżeli dzień i noc prawie bez przykrycia. Ziemia była mokra i brudna. Jedzenia nie otrzymywali prawie wcale. Dopiero przed wyruszeniem w transport piechotą do dalszego obozu, otrzymywali po kawałku chleba. Głód, straszne warunki higieniczne, znęcanie się hitlerowców nad nimi, rozstrzeliwanie w biały dzień bez sądu, jak psy – były to akty gwałtu, przemocy, podobno kulturalnego narodu nad pokonanym żołnierzem polskim. Na większe urągowisko, fotografowano ich obdartych, zbroczonych krwią i ponurych, zaopatrywano w napis: Tak Anglia wyszykowała Polaków! i umieszczano w prasie niemieckiej i zagranicznej. (…) W miesiącu październiku organizowaliśmy nabożeństwa różańcowe, chętnie uczestniczyli w nich wszyscy żołnierze, nawet żołnierze niemieccy z warty. Byli to wszystko katolicy z Bawarii. Przynosili oni z miasta tytoń, papierosy, swoje obiady często nam oddawali a we wspomnianym nabożeństwie brali udział, śpiewając nam swoje pieśni kościelne, podobne w melodii do naszych. Jeden z nich pozatykał nam okna powybijane, tekturą i dyktą. Inni postarali się o słomę, porobili deskami korytarzyki i przejścia między żołnierzami aby nareszcie utrzymać jaki taki porządek. Zapewne też ich poparcie spowodowało, że otrzymaliśmy płaszcze i czystą bieliznę oraz części umundurowania (przede wszystkim ci, którzy czegoś nie posiadali). Inna rzecz, że materiały te zbierane z pobojowisk, były różnorodne. Podchorąży P. otrzymał kurtkę zawszawioną. Zanim zauważono skąd się wzięły, zdążyły się już dość rozprzestrzenić. Sala nasza powoli zmniejszała swój stan. 3 umarło, 3 po wyzdrowieniu zostało zabranych do obozu jeńców. Ułan chory na amnezję oraz drugi z przestrzelonym okiem zostali odwiezieni do Łodzi. Pozostało nas tam jeszcze około 20. Wieści ze świata, przynoszone przez Niemców, były różnorodne. Że Warszawa wzięta 27 września, że poległ tam niemiecki generał Fritsch, że atak na Modlin został częściowo wstrzymany, gdyż za dużo ofiar kosztowały stałe ataki, że Modlin wzięty, generał Haller walczy na Pomorzu Westerplatte niby najmocniejsza twierdza się broni bohatersko, że Hel się jeszcze broni. Ale ponad wszystko wybijała się ostatnia wieść i to zła, że to już koniec, że już chwilowo nie ratunku, że to niewola. Wiedziałem, że mogę nie tylko się nie wyleczyć ale ulec zawszeniu lub wzorem innych, zachorować. Postanowiłem więc wracać do domu. Poprzednio powiedziano nam, ze możemy korespondować z naszymi rodzinami przez Feldpost niemiecką. Siostry z miasta przyniosły pióra, atrament papier i pisaliśmy po kilka listów codziennie do rodziny. Żaden z tych listów nie doszedł. Później dowiedzieliśmy się, że można być zwolnionym do domu, ale należy robić wniosek i lekarz musi poświadczyć zdolność do transportu. Napisaliśmy. Starałem się, aby noga tak mi nie dokuczała. Chodziłem dla wprawy, choć rany były otwarte i dość krwawiły. Lekarz dr Jezierski Stefan poświadczył mi zdolność do transportu. 10 października zostaliśmy zwolnieni. Pożegnałem się z kolegami, z których może niejednego już nie zobaczę i w godzinach przedpołudniowych, nie czekając na obiad (nie wiedzieliśmy bowiem, o której pociąg odjedzie) i odeszliśmy z kol. Grysem Walentym spod Leszna na dworzec” (117).

Rozpaczliwą sytuację rannych żołnierzy ratowało to, że Niemcy pozwolili opiekować się chorymi ludności cywilnej – mieszkańcom Sochaczewa, którzy dawali przykłady wielkiego serca, ofiarności i serdeczności. Dostarczali oni żywność – głównie pieczywo i warzywa, leki środki opatrunkowe, odzież. Rzemieślnicy sochaczewscy organizowali pomoc w postaci żywności, czystej bielizny, środków piorących i lekarstw. Pomoc chorym na szeroką skalę prowadziła piekarnia Józefa Rokickiego w Sochaczewie, która przekazywała nieodpłatnie znaczne ilości chleba zarówno do szpitala jenieckiego, jak i powiatowego. Piękną akcję tuż przed Bożym Narodzeniem zorganizował Wojciech Piorun, który przy pomocy kolegów i znajomych dostarczył leżącym w szpitalu rannym żołnierzom paczki ze słodyczami i wędliną.

W sumie przez szpital wojenny nr 802 w Sochaczewie przeszło około 1700 rannych. Szpital rozwiązano 2 kwietnia 1940 r. Ostatnich 50 rannych żołnierzy wymagających dalszego leczenia przeniesiono do warszawskiego Szpitala Ujazdowskiego i do Łodzi. Oficerów, których stan zdrowia był zadawalający wysłano do obozów jenieckich, a żołnierzy zwolniono do domów (118).

Do szpitala wojennego nr 802 trafiali też ranni żołnierze nie tylko z najbliższych okolic Sochaczewa. W dniach 31 października i 1 listopada 1939 r. uległ likwidacji Szpital PCK mieszczący się w gmachu Ubezpieczalni Społecznej przy ul. Kościałkowskiego w Żyrardowie. Chorych i rannych żołnierzy Niemcy przewieźli własnym transportem do Sochaczewa. Z rannymi wyjechały pielęgniarki, siostry PCK, m.in. Maria Meszeber – przełożona, Zofia Pawlak (Kamińska), Kazimiera Brzozowska, Genowefa Kuran, Helena Pałuba. „Żyrardowski Szpital PCK” umieszczono w dwóch, sąsiadujących ze sobą, budynkach szkół powszechnych, czyli w szpitalu polowym nr 802. Siostry PCK z Żyrardowa ulokowano na parterze gmachu gimnazjum (obecnie LO im. F. Chopina), a przybyłe z nimi siostry z poznańskiego (5 osób) w izbie na piętrze. Resztę budynku zajęli Niemcy na koszary wojskowe. Część sprzętu szkolnego została wyniesiona na strych szkoły, a część Niemcy wyrzucili przez okna, a następnie porąbali i spalili. Przed bramą wojsko niemieckie postawiło budkę wartowniczą, gdzie stał uzbrojony wartownik. Na drzewie, przy bramie żołnierze niemieccy zawiesili dzwon skradziony z kościoła, który miał służyć do ich budzenia Szpital PCK tzw. „Żyrardowski” został zlikwidowany w pierwszych dniach września 1940 roku. Pozostałych rannych przewieziono do Szpitala Ujazdowskiego w Warszawie.
Również nie wszyscy żołnierze ranni w czasie walk o Sochaczew, znaleźli się w miejscowym szpitalu polowym nr 802. 7 października 1939 r., późnym wieczorem, do Żyrardowa przywieziono kilkoma samochodami ciężarowymi rannych żołnierzy znalezionych w podziemiach zburzonego kościoła w Sochaczewie. Ranni mieli założone tylko prowizoryczne opatrunki, niektórzy niezmieniane od trzech tygodni. Umieszczono ich w budynku szkoły powszechnej im. Elizy Orzeszkowej, zamienionej na szpital przejściowy. Przez całą noc siostry PCK, m.in. Maria Meszeber i Zofia Pawlak zmieniały opatrunki przywiezionym żołnierzom. Pomagali im sanitariusze niemieccy, ponieważ sanitariusze PCK nie wytrzymywali nerwowo (119).

Żołnierzy, którzy zmarli z ran w szpitalu wojennym nr 802 w Sochaczewie grzebano na cmentarzu parafii św. Wawrzyńca przy ul. Traugutta.

Jeszcze nie umilkły ostatnie strzały w bitwie nad Bzurą, gdy w Fabryce Przędzy i Tkanin Sztucznych S.A. „Chodaków” zorganizowany został szpital dla żołnierzy rannych w walkach nad Bzurą. W stołówce fabrycznej urządzono salę dla szeregowców, w biurowcu salę dla oficerów, trzecia sala znajdowała się obok działu finansowego. W kuchni fabrycznej przyrządzano posiłki dla rannych i personelu. W sumie w chodakowskim szpitalu przebywało około 250 rannych żołnierzy. Większość rannych, która znalazła się w Chodakowie, przywieziona została z Giżyc, gdzie 21 września ewakuowano szpital polowy. Komendantem szpitala był komandor por. dr Kazimierz Bielawski ze Szpitala Marynarki Wojennej w Grudziądzu. Wśród pracujących w szpitalu nieprzeciętną energią wyróżniał się mjr lek., chirurg Tadeusz Winter z Grudziądza. Z wielką ofiarnością i poświęceniem pracowali też inni lekarze wojskowi: mjr lek. chirurg Tadeusz Michniewicz, kpt. Owczarek i kpt. Różański – obaj z armii „Poznań”, Adam Gaca, pchor. lek. Tadeusz Szafrański. To samo można było powiedzieć o sanitariuszkach. Przez całą dobę czekała je wyczerpująca praca – opatrywanie, podawanie leków, karmienie i mycie rannych. Obok sanitariuszek z armii „Poznań” i „Pomorze” – jak Maria Oprych z Torunia (przełożona sióstr). Kunegunda Tucholska z Lipna, Halina Wenderówna z Chełmna, jako ochotniczki pracowały miejscowe dziewczyny, pracownice fabryki: Jadwiga Secomska, Stefania Włodarska, Teodora Marszałek, Zofia Engwert, Kazimiera Grabarek, Władysława Kwiatkowska. Był też sanitariusz kpr. Józef Jankowski ze Stężycy k/Kartuz. Dużo serca potrzebującym pomocy lekarskiej okazał miejscowy lekarz dr Stanisław Król. Posługę duszpasterską w szpitalu pełnił ks. Jan Bogusz z Trojanowa. Odprawiał msze św., spowiadał rannych żołnierzy, udzielał im sakramentów, odprowadzał zmarłych żołnierzy na wieczny spoczynek.
Ranni żołnierze leżeli w rzędach na siennikach wypchanych sztucznym jedwabiem i słomą. Dzięki ofiarności personelu ranni przez cały czas mieli zapewnioną, oczywiście w ramach skromnych możliwości, pomoc medyczną. Brakowało jednak lekarstw, środków opatrunkowych, żywności. Okoliczna ludność – mieszkańcy Chodakowa w miarę możliwości wspierali szpital przynosząc głównie różne artykuły żywnościowe – owoce, warzywa, mleko. Niestety, w szpitalu panowała epidemia biegunki i czerwonki, co niosło za sobą dużą śmiertelność wśród rannych. Praktycznie, każdy dzień przynosił smutne żniwo. Zmarłych wywożono początkowo w prostych trumnach wykonanych z białych, oheblowanych desek, później – wozem, po kilku żołnierzy naraz. Miejscem wiecznego spoczynku był teren przyfabryczny, leżący tuż nad Bzurą, gdzie na niewielkim placu, przez cały czas, kopano wciąż nowe groby. Pogrzeby odbywały się z udziałem eskorty niemieckich żołnierzy, którzy nad mogiłą oddawali salwę honorową. Wśród zmarłych żołnierzy była też kilku podchorążych, m.in.: Erwin Szeib, Dymitr Kulmatycki, Józef Roliński, Stefan Iwicki. Zmarła także jedna z sanitariuszek – Halina Wenderówna. Przyczyną jej zgonu było zapalenie płuc, którego nabawiła się po przebytej operacji wyrostka robaczkowego. Pochowano ją razem z żołnierzami, którymi się wcześniej opiekowała, na przyfabrycznym placu nad Bzurą. Już w czasach okupacji zwłoki wszystkich zmarłych w szpitalu ekshumowano i przeniesiono na cmentarz wojskowy w Trojanowie.

Szpital Polowy w Chodakowie, który oficjalnie funkcjonował jako „Lazaret 2/531. Oddział w Chodakowie”, przez cały czas swego istnienia był pod niemieckim zarządem. Mieścił się on jednak w budynku gimnazjum w Sochaczewie. Teren fabryki i znajdujący się tam szpital pilnowany był przez żołnierzy niemieckich. Byli to głównie Czesi, Słowacy, Austriacy oraz volksdeutsche. Szpital polowy w Chodakowie istniał do 29 listopada 1939 r. Ozdrowieńców zwolniono do domów, zmarli pozostali na przyfabrycznym cmentarzu nad Bzurą, ostatnich rannych przewieziono do szpitala wojennego nr 802 w Sochaczewie. Personelowi lekarskiemu i sanitariuszkom wydano odpowiednie zaświadczenia (120).
(76) A. Sygnarek, op. cit., s. 35; W. Pałucki, M. Wojewoda, op. cit., s. 6.
(77) M. Wojewoda (oprac.), Biłem się… Według sierż. Skórki natarcie to miało miejsce po południu 15 września.
(78) A. Sygnarek, op. cit., s. 35-36.
(79) W. Pałucki, M. Wojewoda, op. cit., s. 6-7.
(80) W. Rezmer, op. cit., s. 357, 373; W. Pałucki, Bitwa o Sochaczew we wrześniu 1939 (2)…
(81) A. Doroszewski, op. cit.
(82) W. S. Domański, Z koroną i bez. Wspomnienia artylerzysty, Pruszków 2004, s. 62 (Autor w swych wspomnieniach podaje błędną datę wycofania spod Sochaczewa baterii II i III dywizjonu 26 pal celem wsparcia ofensywy 26 DP na Bednary – Nieborów – Skierniewice. Miało to miejsce nocą z 14 na 15, a nie 9 września – przyp. L.N.).
(83) 14 września I batalion 18 pp wraz z dowództwem stał w odwodzie we wsi Kąty, a III batalion zajmował stanowiska na zachodnim brzegu Bzury, na południe od Sochaczewa. Obydwa bataliony, zamiast wesprzeć wykrwawiony II batalion, zostały przerzucone nocą z 14 na 15 września rozkazem dowódcy 26 DP do rejonu Gągolin Północny – Wicie – Boczki. Miały one zorganizować obronę przeciwpancerną w rejonie swojego postoju z jednoczesnym zadaniem osłony stanowisk artylerii dywizyjnej (P. Bauer, B. Polak, Armia…, s. 355, 360; M. Porwit, Komentarze…, s. 296).
(84) Cz. Musiałowski, Gdy bój nad Bzurą wrzał…, cz. II, nr 37 (313) z dn. 7.09.2004; cz. III, nr 38 (314) z dn. 14.09.2004.
(85) A. Sygnarek, op. cit., s. 35-36.
(86) M. Wojewoda (oprac.), Biłem się… Według relacji sierż. Skórki mjr Kozubowski poległ nad ranem 16 września.
(87) Ludwik Jeremi, op. cit., s.5 (podaje on, że mjr Kozubowski poległ wieczorem a nie rano 15 września); W. Pałucki (Sochaczew we wrześniu 1939, s. 7) podobnie jak kpt. Antoni Sygnarek (Działania bojowe II batalionu 18. Pułku Piechoty w 1939 r., s. 37) podaje inne okoliczności śmierci mjr. Kozubowskiego. Pisze mianowicie, że kierujący przeprawą dowódca batalionu mjr Kozubowski, trafiony serią pocisków z km, poniósł śmierć na kładce zbudowanej w miejscu zniszczonego mostu pontonowego. Wraz z nim miało zginąć 4 usiłujących go ratować żołnierzy.
(88) W. Pałucki, M. Wojewoda, op. cit., s. 7; M. Porwit, op. cit., s. 301; W. Pałucki, Bitwa o Sochaczew we wrześniu 1939 (2), (w:) „Głos Chemitexu”, nr 18 (393) z dn. 16-30,09.1979.
(89) Ibidem.
(90) Teczka osobowa – major Feliks Kozubowski – dowódca II batalionu 18 pułku piechoty (archiwum Muzeum Ziemi Sochaczewskiej i Pola Bitwy nad Bzurą); Rocznik Oficerski 1924, Ministerstwo Spraw Wojskowych, Oddział V Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, Warszawa 1924, s. 229, 362; Rocznik Oficerski 1928, Ministerstwo Spraw Wojskowych, Warszawa 1928, s. 58, 195; Rocznik Oficerski 1932, Biuro Personalne Ministerstwa Spraw Wojskowych, Warszawa 1932, s. 37, 848; R. Rybka, K. Stepan, Rocznik oficerski 1939. Stan na 23 marca 1939, Kraków 2006, s. 22, 569; E. Włodarczyk, Z dziejów 26 Dywizji Piechoty w Skierniewicach, Skierniewice 2009, s. 215, 219.
(91) W. Pałucki, M. Wojewoda, op. cit., s. 8.
(92) A. Doroszewski, Samotna bateria, (w:) „Wiadomości Skierniewickie”, nr 38 (256) z dn. 19.09.1985; nr 39 (257) z dn. 26.09.1985.
(93) W. Pałucki, M. Wojewoda, op. cit., s. 8.
(94) W. Rezmer, op. cit., s. 323, 336. 340-341, 357, 362-363, 390-391; B. Kwiatkowski, op. cit., s. 281, 288, 374; K. Zwoliński, op. cit., s. 63; 35 pcz (4 DPanc.) miał na uzbrojeniu 99 PzKpfw I, 64 PzKpfw II, 6 PzKpfw IV i 8 K 1 PzBfWg (czołgów dowodzenia); 36 pcz (4 DPanc.) miał 84 PzKpfw I, 66 PzKpfw II, 6 PzKpfw IV i 8 K 1 PzBfWg (czołgów dowodzenia). 1 września 1939 r. w skład 4 DPanc. oprócz 5 Brygady Pancernej (35 i 36 pcz) wchodziła 4 Brygada Strzelców (12 pułk strzelców zmotoryzowanych i 4 batalion motocyklowy), 103 pułk artylerii, 7 oddział (batalion) rozpoznawczy, 49 oddział (batalion) przeciwpancerny, 79 batalion pionierów i 79 kompania łączności. W skład 12 pułku strzelców zmot. wchodziły dwa bataliony strzelców. Każdy batalion strzelców składał się z dwóch kompanii strzelców, kompanii motocyklowej, kompanii broni ciężkiej i kompanii km. Na uzbrojeniu kompanii strzelców i kompanii motocyklowej było m.in. 11 km MG 34 kal. 7,92 mm i 3 granatniki wz. 36 kal. 50 mm (IGrW 36). Kompania broni ciężkiej składała się z plutonu ppanc (uzbrojonego m.in. w 3 armaty ppanc. wz.35/36 kal. 37 mm (PAK 35/36 3,7 cm). i plutonu artylerii piechoty (uzbrojonego m.in. w 2 armaty polowe piechoty wz. 18 kal. 75 mm (leIG 18 7,5 cm). Kompania km miała na uzbrojeniu m.in. 8 km MG 34 kal. 7,92 mm i 6 moździerzy wz. 34 kal. 81 mm (GrW 34). W skład 4 batalionu motocyklowego wchodziły trzy kompanie motocyklowe, motocyklowa kompania km i kompania broni ciężkiej złożona z plutonu ppanc (uzbrojonego m.in. w 3 armaty ppanc. wz. 35/36 kal. 37 mm (PAK 35/36 3,7 cm), plutonu artylerii piechoty (mającego na uzbrojeniu m.in. 2 armaty polowe piechoty wz.18 kal. 75 mm (leIG 18 7,5 cm). 103 pułk artylerii składał się z dwóch dywizjonów. W skład każdego dywizjonu wchodziły trzy baterie artylerii (każda z nich miała dwa plutony artylerii uzbrojone w 2 lekkie haubice polowe wz. 18 kal. 105 mm (leFH 18 10,5 cm). W sumie w pułku były 24 haubice. 7 oddział rozpoznawczy (w sile batalionu) składał się z dwóch szwadronów samochodów pancernych, szwadronu motocyklowego (uzbrojonego m.in. w 11 km MG 34 kal. 7,92 mm i 3 granatniki wz. 36 kal. 50 mm (IGrW 36), szwadronu broni ciężkiej (mającego na uzbrojeniu m.in. 3 armaty ppanc. wz. 35/36 kal. 37 mm (PAK 35/36 3,7 cm) i 2 armaty polowe piechoty wz. 18 kal. 75 mm (leIG 18 7,5 cm) i lekkiej kolumny zmotoryzowanej. 49 oddział ppanc. (w sile batalionu) składał się z dwóch kompanii ppanc. Każda z nich składała się z trzech plutonów uzbrojonych w 4 armaty ppanc. wz. 35/36 kal. 37 mm (PAK 35/36 3,7 cm). W sumie w oddziale były 24 armaty ppanc. W skład 49 oddziału ppanc. wchodziła też kompania nkm składająca się z trzech plutonów (każda uzbrojona m.in. w 4 armaty przeciwlotnicze wz. 30 kal. 20 mm (FLAK 30 2 cm). W sumie w kompanii było 12 armat plot. kal. 20 mm (określanych też jako najcięższe karabiny maszynowe). 79 batalion pionierów (saperów) składał się z trzech kompanii pionierów, lekkiej kolumny pionierów i kolumny mostowej. Na uzbrojeniu 4 DPanc. było m.in.: 341 czołgów (PzKpfw I, PzKpfw II, PzKpfw IV, K 1 PzBfWg), 90 lekkich i ciężkich samochodów pancernych (SdKfz 221, SdKfz 222, SdKfz 223, SdKfz 231, SdKfz 232 i SdKfz 263), 24 lekkie haubice polowe wz. 18 kal. 105 mm (leFH 18 10,5 cm), 8 armat polowych piechoty wz. 18 kal. 75 mm (leIG 18 7,5 cm), 45 armat ppanc. wz. 35/36 kal. 37 mm (PAK 35/36 3,7 cm), 12 armat plot. wz. 30 kal. 20 mm (FLAK 30 2 cm), 12 moździerzy piechoty wz. 34 kal. 81 mm (GrW 34), 21 granatników wz. 36 kal. 50 mm (IGrW 36), 132 km MG 34 kal. 7,92 mm. Żołnierze dywizji uzbrojeni byli ponadto w pm MP 28 kal. 9 mm, kb „Mauser” wz. 1898 kal. 7,92 mm, kb „Mauser” wz. 1898k kal. 7,92 mm i pistolety P. 08 „Parabellum” kal. 9 mm (Polski czyn…, s. 208; Ch. Bishop, Niemieckie wojska pancerne w II wojnie światowej, Warszawa 2009, s. 22, J. Rosado, Ch. Bishop, op. cit., s. 43; M. Skotnicki, Niemieckie samochody pancerne 1921-1945, cz. 1, Warszawa, bdw, s. 48). Lekki samochód pancerny SdKfz 221 miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 2 żołnierzy; masa całkowita – 4 t; wymiary: dł. 480 cm, szer. 195 cm, wys. 170 cm; silnik gaźnikowy chłodzony cieczą Horch/Auto-Union V8-1081 o pojemności 3517 cm³ i mocy 75 KM; pancerz o grubości 5-14, 5 mm; uzbrojenie: 1 km MG 34 kal. 7,92 mm; prędkość maksymalna – 80 km/h; zasięg po drodze – 320 km, w terenie – 200 km; samochód pancerny był zdolny do pokonywania wzniesień o nachyleniu do 22°, ścian o wys. 25 cm i brodów o gł. 60 cm. Lekki samochód pancerny SdKfz 222 miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 3 żołnierzy; masa całkowita – 4,8 t; wymiary: dł. 480 cm, szer. 195 cm, wys. 200 cm; silnik gaźnikowy chłodzony cieczą Horch/Auto-Union V8-1081 o pojemności 3517 cm³ i mocy 75 KM; pancerz o grubości 5-14,5 mm; uzbrojenie: 1 działko KwK kal. 20 mm i 1 km MG 34 kal. 7,92 mm; prędkość maksymalna – 80 km/h; zasięg po drodze – 300 km, w terenie – 180 km; samochód był zdolny do pokonywania wzniesień o nachyleniu do 20°, ścian o wys. 25 cm i brodów o gł. 60 cm. Lekki samochód pancerny SdKfz 223 miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 3 żołnierzy; masa całkowita – 4,4 t; wymiary: dł. 480 cm, szer. 195 cm, wys. 175 cm; silnik gaźnikowy chłodzony ciecząHorch/Auto-Union V8-1081 o pojemności 3517 cm³ i mocy 75 KM; pancerz o grubości 5-14,5 mm; uzbrojenie: 1 km MG 34 kal. 7,92 mm; prędkość maksymalna – 80 km/h; zasięg po drodze – 300 km, w terenie – 200 km; samochód był zdolny do pokonywania wzniesień o nachyleniu do 20°, ścian o wys. 20 cm i brodów o gł. 60 cm. Ciężki samochód pancerny SdKfz 231 (wersja 6-kołowa) miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 4 żołnierzy; masa całkowita – 5,35-6 t; wymiary: dł. 557 cm, szer. 182 cm, wys. 225 cm; silniki gaźnikowe, chłodzone cieczą: Daimler-Benz M09 o pojemości 3663 cm³ i mocy 65 KM, Büssing-NAG G o pojemności 3922 cm³ i mocy 60 KM, CD Magirus S88 o pojemności 4562 cm³ i mocy 70 KM; pancerz o grubości 5-14,5 mm uzbrojenie: 1 działko KwK 30 o kal. 20 mm, 1 km MG 34 o kal. 7,92 mm lub 1 km MG 13 o kal. 7,92 mm; prędkość maksymalna – 62-65 km/h; zasięg po drodze – 250-300 km, w terenie 150-200 km; samochód był zdolny pokonywać wzniesienia o nachyleniu do 20° i brody o gł. 60 cm. Ciężki samochód pancerny SdKfz 232 (wersja 6-kołowa) miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 4 żołnierzy; masa całkowita – 5,35-6 t; wymiary: dł. 557 cm, szer. 182 cm, wys. 287 cm; silniki gaźnikowe chłodzone cieczą: Büssing NAG G o pojemności 3922 cm³ i mocy 60 KM, Daimler-Benz M09 o pojemności 3663 cm³ i mocy 65 KM, CD Magirus S88 o pojemności 4562 cm³ i mocy 70 KM; pancerz o grubości 5-14,5 mm; uzbrojenie: 1 działko KwK kal. 20 mm, 1 km MG 13 kal. 7,92 mm lub 1 km MG 34 kal. 7,92 mm; prędkość maksymalna – 62-65 km/h; zasięg po drodze 250-300 km, w terenie 150-200 km; samochód był zdolny pokonywać wzniesienia o nachyleniu do 20° i brody o gł. 60 cm; na wyposażeniu samochodu była radiostacja krótkofalowa i antena ramowa umocowana do wieży i tylnej części nadwozia. Opancerzony wóz łączności radiowej SdKfz 263 (wersja 6-kołowa) miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 5 żołnierzy; masa całkowita – 5,35-6 t; wymiary: dł. 557 cm, szer. 182 cm, wys. 293 cm; silniki gaźnikowe chłodzone cieczą: Büssing NAG G o pojemności 3922 cm³ i mocy 60 KM, Daimler-Benz M09 o pojemności 3663 cm³ i mocy 65 KM, Magirus S88 o pojemności 4562 cm³ i mocy 70 KM; pancerz o grubości 5-14,5 mm; uzbrojenie: 1 km MG 13 kal. 7,92 mm; prędkość maksymalna – 62-65 km/h; zasięg po drodze – 250-300 km, w terenie – 150-200 km; samochód był w stanie pokonywać wzniesienia o nachyleniu do 20° i brody o gł. 60 cm; samochód był wyposażony w radiostację dalekiego zasięgu, antenę ramową i wysuwaną antenę teleskopową o wys. 9 m. Ciężki samochód pancerny SdKfz 231 (wersja 8-kołowa) miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 4 żołnierzy; masa całkowita – 8,3 t; wymiary: dł. 585 cm, szer. 220 cm, wys. 235 cm; silnik gaźnikowy chłodzony cieczą Büssing-NAG L8V o pojemności 8363 cm³ i mocy 180 KM; pancerz o grubości 5-14,5 mm; uzbrojenie: 1 działko KwK kal. 20 mm i 1 km MG 34 kal. 7,92 mm; prędkość maksymalna – 90-100 km/h; zasięg po drodze – 300 km, w terenie – 179 km; samochód był w stanie pokonywać wzniesienia o nachyleniu 30°, ściany o wys. 50 cm, brody o gł. 100 cm i rowy o szer. 124 cm. Ciężki samochód pancerny SdKfz 232 (wersja 8-kołowa) miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 4 żołnierzy; masa całkowita – 8,5 t; wymiary: dł. 585 cm, szer. 220 cm, wys. 290 cm; silnik gaźnikowy chłodzony cieczą Büssing NAG L8V o pojemności 8363 cm³ i mocy 180 KM; pancerz o grubości 5-14,5 mm; uzbrojenie: 1 działko KwK 30 kal. 20 mm, 1 km MG 4 kal. 7,92 mm; prędkość maksymalna – 90 km/h; zasięg po drodze – 300 km, w terenie – 170 km; samochód był w stanie pokonywać wzniesienia o nachyleniu do 30°, ściany o wys. 50 cm, brody o gł. 100 cm i rowy o szer. 124 cm; samochód był wyposażony w radiostacje – małego i średniego zasięgu oraz w antenę ramową. Opancerzony wóz łączności radiowej SdKfz 263 (wersja 8-kołowa) miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 5 żołnierzy; masa całkowita – 8,67 t; wymiary: dł. 585 cm, szer. 220 cm, wys. 290 cm; silnik Büssing NAG L8V o pojemności 8363 cm³ i mocy 180 KM; pancerz o grubości 5-14,5 mm; uzbrojenie: 1 km MG 34 kal. 7,92 mm; prędkość maksymalna – 85 km/h; zasięg po drodze – 300 km, w terenie – 170 km; samochód był zdolny pokonywać wzniesienia o nachyleniu do 30°, ściany o wys. 50 cm, brody o gł. 100 cm i rowy o szer. 124 cm. Armata polowa piechoty wz. 18 kal. 75 mm (leIG 18 7,5 cm) miała następujące parametry taktyczno-techniczne: donośność – 3550 m; ciężar pocisku – 4,6 kg; nabój składany, ładunek zmienny; prędkość początkowa pocisku – 220 m/s; dł. lufy – 885 mm; łoże kołowe, jednoogonowe; kąt podniesienia lufy -10+75°; szybkostrzelność – 12 strz./min; ciężar w położeniu bojowym – 400 kg; ciężar w położeniu marszowym – 1560 kg; trakcja konna lub motorowa. Armata ppanc. wz. 35/36 kal. 37 mm (PAK 35/36 3,7 cm) miała następujące parametry taktyczno-techniczne: donośność – 7000-7200 m; zasięg skuteczny – 700 m; prędkość początkowa pocisku – 760 m/s; ciężar pocisku – 0,6 kg; przy nachyleniu 0° z odległości 100 m pocisk przebijał pancerz o grubości 65 mm, a z odległości 500 pancerz o grubości 48 mm; nabój zespolony, ładunek jednolity; dł. lufy – 1665 mm; kąt podniesienia lufy – 8+25°; łoże kołowe, dwuogonowe, rozstawne; ciężar w położeniu bojowym – 450 kg; szybkostrzelność – 15 strz./min; trakcja motorowa lub konna; obsługa – 5 żołnierzy. Armata plot. wz.1930 kal. 20 mm miała następujące parametry taktyczno-techniczne: donośność – 4800 m; pułap – 3700 m; pułap praktyczny – 2200 m; ciężar pocisku – 0,132-0,148 kg; prędkość początkowa pocisku – 830-900 m/s; nabój zespolony, ładunek jednolity; dł. lufy – 2300 mm; kąt podniesienia lufy -12+90°; łoże kołowe; ciężar w położeniu bojowym – 450 kg; ciężar w położeniu marszowym – 770 kg; szybkostrzelność – 120 strz./min (M. Skotnicki, op. cit., cz. 1, s. 15, 22, 38; cz. 2, s. 11, 23; S. Pataj, op. cit., s. 263,265, 272; J. V. Garcia, op. cit., s. 77, 86-87). Junkers Ju-87 (Stuka, stukas) byłł jednosilnikowym bombowcem nurkującym. Miał on następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 2 osoby; silnik rzędowy o mocy 1200 KM; wymiary – rozpiętość – 13,8 m, dł. 11 m. wys. 4,4 m; prędkość maksymalna (na wys. 4000 m) – 380 km/h, prędkość przelotowa (na wys. 3700 m) – 340 km/h; zasięg (bez ładunku bomb) – 800 km, zasięg (z pełnym ładunkiem bomb) – 600 km; masa bojowa 4250-4335 kg; uzbrojenie: 2 stałe km MG 17 kal. 7,92 mm w płatach i 1 ruchomy km MG 17 kal. 7,92 mm w tylnej kabinie; 1 bomba 500 kg lub 1 bomba 250 kg i 4 bomby po 50 kg – wszystkie na wyrzutnikach zewnętrznych (J. B. Cynk, Siły lotnicze Polski i Niemiec. Wrzesień 1939, Warszawa 1989, s. 220-221).
(95) Wrzesień 1939…, (w:) „Ziemia Sochaczewska”, nr 17 (1130) z dn. 30.04.2013.
(96) W. Rezmer, op. cit., s. 353-354, 357, 369 -373, ; P. Bauer, B. Polak, op. cit., s. 397-399; A. Dębina-Pluciński, Żołnierze 68 Pułku Piechoty z Wrześni, Września 1983, s. 18-19; L. Głowacki, 17 Wielkopolska Dywizja Piechoty w kampanii 1939 roku, Lublin 1969, s. 80, 84-86. W skład 17 i 25 DP wchodziły po trzy pułki piechoty 68 pp, 69 pp, 70 pp, 29 pp, 56 pp, 60 pp), 17 i 25 pułki artylerii lekkiej, 17 i 25 dywizjony artylerii ciężkiej, 17 i 25 bataliony saperów i pododdziały specjalne (szwadrony kawalerii dywizyjnej, 17 i 25 zmotoryzowane baterie artylerii plot., 72 i 73 samodzielne kompanie ckm, kompanie kolarzy, 17 i 27 kompanie łączności). Batalion piechoty składał się z trzech kompanii piechoty (każda po 3 plutony) i kompanii ckm (w jej skład wchodziły trzy plutony ckm, pluton taczanek i pluton moździerzy). W pułku piechoty były tez pododdziały specjalne (kompania zwiadu (złożona z plutonu konnego, plutonu kolarzy i drużyny gospodarczej), kompania ppanc. (złożona z trzech plutonów) mająca na uzbrojeniu m.in. 9 armat ppanc. wz.1936 „Bofors” kal. 37 mm, pluton artylerii piechoty mający na uzbrojeniu 2 armaty wz. 02/26 kal. 75 mm, pluton łączności, pluton pionierów, pluton pgaz.). 17 pułk artylerii lekkiej składał się z trzech dywizjonów. W każdym dywizjonie były trzy baterie (składające się z dwóch plutonów każda). I dywizjon miał na uzbrojeniu armaty polowe wz. 1897 Schneider kal. 75 mm, II i III dywizjon miały na uzbrojeniu haubice wz. 1914/1919 „Škoda” kal. 100 mm. W 25 pułku artylerii lekkiej I i II dywizjon miał na uzbrojeniu armaty polowe wz. 1897 „Schneider” kal. 75 mm, III dywizjon był uzbrojony w haubice wz. 1914/1919 „Škoda” kal. 100 mm.W skład dywizjonu artylerii ciężkiej wchodziły dwie baterie (każda składała się z dwóch plutonów). Na uzbrojeniu dywizjonu artylerii ciężkiej były armaty wz. 1929 Schneider kal. 105 mm i haubice wz. 1917 Schneider kal. 155 mm. W skład batalionu saperów wchodziły dwie kompanie saperów, zmotoryzowana kompania saperów i kolumna saperów. Szwadron kawalerii dywizyjnej składał się z czterech plutonów kawalerii i plutonu ckm. Zmotoryzowana bateria artylerii plot. składała się z czterech plutonów. Samodzielna kompania ckm składała się z czterech plutonów, kompania łączności składała się z czterech plutonów, kompania kolarzy składała się z trzech plutonów Na terenie gminy Sochaczew walczyły też 31 i 71 kompania czołgów rozpoznawczych (złożone z dwóch plutonów czołgów i plutonu techniczno-gospodarczego). Na swoim uzbrojeniu miały one czołgi rozpoznawcze TK-3 i TKS. Dywizja piechoty 1 września 1939 r. miała na uzbrojeniu 3 haubice wz. 1917 „Schneider” kal. 155 mm, 3 armaty wz. 1929 „Schneider” kal. 105 mm, 12 (24) haubic wz. 1914/1919 „Škoda” kal. 100 mm, 24 (12) armaty polowe wz. 1897 „Schneider” kal. 75 mm, 6 armat polowych wz. 02/26 kal. 75 mm, 4 armaty plot. wz. 1939 „Bofors” kal. 40 mm, 27 armat ppanc. wz. 1936 „Bofors” kal. 37 mm, 20 moździerzy wz. 31 „Stokes-Brandt” kal. 81 mm, 81 granatników wz. 36 kal. 46 mm, 132 ckm wz. 30 „Browning-Colt” kal. 7,92 mm i wz. 08 „Maxim” kal. 7,92 mm, 6 lkm wz. 08/15 „Maxim” kal. 7,92 mm, 320 rkm wz. 28 „Browning” kal. 7,92 mm, 92 kb ppanc. „Ur” wz. 35 kal. 7,92 mm. Na uzbrojeniu żołnierzy 17 i 25 DP były też kb „Mauser” wz. 1898 kal. 7,92 mm, kbk „Mauser” wz. 29 kal. 7,92 mm i pistolety „Vis” wz. 35 kal. 9 mm. W 31 kompanii czołgów rozpoznawczych było 13 czołgów rozpoznawczych TK-3, a w 71 kompanii czołgów rozpoznawczych było 9 czołgów TK-3 i 4 czołgi TKS (T. Jurga, op. cit., s. 204-205; W. Rezmer, op. cit., s. 486-503, 524; R. Szubański, Polska broń pancerna 1939, Warszawa 1982, s. 298, 300). Haubica wz. 1917 „Schneider” kal. 155 mm miała następujące parametry taktyczno-techniczne: donośność maksymalna – 11200 m; donośność praktyczna – 8000 m; ciężar pocisku – 40-43,5 kg; prędkość początkowa pocisku – 203-450 m/s; nabój składany, ładunek zmienny; dł. lufy – 2332 mm; ciężar lufy – 1160 kg; łoże kołowe, dwuogonowe, rozstawne; szybkostrzelność – 3-4 strz./min; ciężar w położeniu bojowym – 3300 kg; ciężar w położeniu marszowym – 3720 kg; trakcja konna lub motorowa; obsługa – 8 żołnierzy. Armata wz. 1929 „Schneider” kal. 105 mm miała następujące parametry taktyczno-techniczne: donośność – 15000 m; ciężar pocisku – 15-15,44 kg; prędkość początkowa pocisku – 550-600 m/s; nabój składany, ładunek zmienny; dł. lufy – 3240 mm; kąt podniesienia lufy – 3+37°; łoże kołowe, dwuogonowe, rozstawne; trakcja 8-konna lub motorowa; obsługa – 8 żołnierzy. Haubica wz. 1914/1919 miała następujące parametry taktyczno-techniczne: donośność – 9600-10000 m; dł. lufy – 2400 mm; kąt podniesienia lufy – 7+48°; łoże kołowe, jednoogonowe; ciężar pocisku – 13,96-16 kg: prędkość początkowa pocisku – 366-415 m/s; nabój składany, ładunek zmienny; szybkostrzelność – 6-8 strz./min; ciężar w położeniu bojowym – 1450 kg; ciężar w położeniu marszowym – 2575 kg; trakcja 6-konna; obsługa – 7 żołnierzy. Armata wz. 02/26 kal. 75 mm miała następujące parametry taktyczno-techniczne: donośność – 5000-10700 m; dł. lufy – 2286 mm; lufa z rosyjskiej armaty wz. 1902 kal. 76,2 mm przekalibrowana na 75 mm; kąt podniesienia lufy – 11+16°; ciężar pocisku – 7,24 kg; nabój zespolony, ładunek jednolity; łoże kołowe, jednoogonowe; ciężar w położeniu bojowym – 1190 kg; ciężar w położeniu marszowym – 1940 kg; szybkostrzelność – 10-20 strz./min; trakcja 6-konna; obsługa – 7 żołnierzy. Armata plot. wz. 1936 „Bofors” kal. 40 mm miała następujące parametry taktyczno-techniczne: donośność – 9500 m; pułap – 4500 m; donośność skuteczna w poziomie – 3950 m; donośność w pionie – 2749 m; dł. lufy – 2250 mm; kąt podniesienia lufy -6+90°; ciężar pocisku – 0,91-0,995 kg; nabój zespolony, ładunek jednolity; łoże kołowe, czteroogonowe; prędkość początkowa pocisku – 823-875 m/s; szybkostrzelność – 100-120 strz./min; ciężar – 2000 kg; trakcja motorowa; obsługa – 9 żołnierzy. Ckm wz. 08 „Maxim” kal. 7,92 mm miał następujące parametry taktyczno-techniczne: dł. broni – 1200 mm; dł. lufy – 720 mm; lufa chłodzona wodą; ciężar broni – 23 kg; ciężar lufy – 1,8 kg; ciężar podstawy – 27 kg; prędkość początkowa pocisku – 845 m/s; szybkostrzelność teoretyczna – 480-500 strz./min; zasilanie taśma parciana na 250 naboi. Lkm wz. 08/15 „Maxim” kal. 7,92 mm miał następujące parametry taktyczno-techniczne: dł. broni – 1410 mm; dł. lufy – 720 mm; ciężar broni -16,8 kg; ciężar lufy – 1,8 kg; lufa chłodzona wodą; ciężar podstawy – 1,7 kg; prędkość początkowa pocisku – 845 m/s; zasilanie – taśma parciana na 250 naboi. Czołg rozpoznawczy TK-3 miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 2 żołnierzy; ciężar – 2,43 t; wymiary: dł. – 258 cm, szer. – 178 cm, wys. – 132 cm; pancerz nitowany z płyt walcowanych o grubości 3-8 mm; silnik gaźnikowy 4-suwowy Ford A o mocy 40 KM; prędkość maksymalna na szosie – 45 km/h; prędkość maksymalna w terenie – 20 km/h; zasięg na drodze – 200 km; zasięg w terenie – 100 km; uzbrojenie – 1 km wz. 25 kal. 7,92 mm. Czołg rozpoznawczy TKS miał następujące parametry taktyczno-techniczne: załoga – 2 żołnierzy; ciężar – 2,5-2,8 t; wymiary: dł. – 256-258 cm, szer. – 176-178 cm, wys. 132-133 cm; pancerz nitowany z płyt walcowanych o grubości 3-10 mm; silnik gaźnikowy 4-suwowy Polski Fiat 122AC o mocy 42 KM; prędkość maksymalna na drodze – 40 km/h; prędkość maksymalna w terenie – 18 km/h; zasięg na drodze – 160-180 km; zasięg w terenie – 100-140 km; uzbrojenie – 1 km wz. 25 kal. 7,92 mm lub 1 nkm wz. 38 kal. 20 mm (T. Jurga, op. cit., s. 56, 65-70, 75-78; S. Pataj, s. 308-310; A. Konstankiewicz, s. 32, 44; R. Szubański, Polska broń pancerna, Warszawa 1982, s. 48).
(97) cyt. za A. Dębina-Pluciński, Żołnierze…, s. 19.
(98) P. Bauer, B. Polak, op. cit., s. 398-399: L. Głowacki, 17 Wielkopolska Dywizja Piechoty w kampanii 1939 roku, Lublin 1969, s. 137-140.
(99) L. Głowacki, Bój pod Ruszkami, (w:) Wspomnienia z wrześniowych dni. Wielkopolanie o kampanii wojennej 1939. Wybór i oprac. E. Makowski, Poznań 1975, s. 134-138, 140-142. (Wspomnienia napisane w 1973 r. na podstawie ustaleń zanotowanych jeszcze w obozie jenieckim i w latach następnych).
(100) W. Rezmer, op. cit., s. 373-374, 376, 411-412; W. Iwanowski, Walki GO gen. Knolla-Kownackiego z niemieckim XVI KPanc. 16 i 17.9.1939 r., WPH 1972, z. 4, s. 84-87, 89.
(101) E. Macewicz, „M 3”…, s. 29-30, 32.
(102) Ibidem, s. 31-32.
(103) Ibidem, s. 33, 42.
(104) P. Matusak, Stosunek społeczeństwa nadbzurzańskiego do walk obronnych 1939 roku, (w:) Bitwa nad Bzurą z perspektywy sześćdziesięciopięciolecia, red. nauk. P. Matusak, Siedlce 2006, s.100.
(105) Cyt. za P. Matusak, Stosunek…, s. 100-101.
(106) T. Kraszewski, Opowiadanie…, s. 43, 45, 47-48.
(107) W. Piorun, op. cit., s. 21-22.
(108) E. Macewicz, „M 3”…, s. 36-37.
(109) T. Pietrzak, Wrześniowe dni, Turek-Kalisz 2005, s. 229-231.
(110) Szpital Św. Józefa w Sochaczewie (1903-2003). Praca zbiorowa pod red. S. Szymańskiego, A. G. Turczyka, Sochaczew 2004, s. 99-101.
(111) T. Widmański, op. cit., s. 16-19.
(112) H. Zaczkowski, S. Janicki, Armia Krajowa na Ziemi Sochaczewskiej, Sochaczew 1991, s. 19-20; Szpital…, s. 55-56, 72-73; S. Wesołowski, Chirurg i wojna (w:) Pamiętniki chirurgów, Warszawa 1972, s. 33, 37.
(113) Ibidem, s. 33.
(114) H. Zaczkowski, S. Janicki, op. cit., s. 20; Szpital…, s. 56. 73.
(115) Cyt. za W. Pałucki, M. Wojewoda, Sochaczew…., s. 28.
(116) Ibidem, s. 28.
(117) J. Białecki, Moja kampania wrześniowa 1939 r., (w:) Ks. J. Włodarz, Bitwa pod Szczytnem 11-12 września 1939 r. jako fragment bitwy nad Bzurą oraz historia regionu i represje okresu okupacji 1939-1945 r., Bieniewo 2006, s. 18-24.
(118) H. Zaczkowski, S. Janicki, op. cit., s. 20; Szpital…, s. 57, 73, 101.
(119) B. Braun-Walicki, Żyrardowski wrzesień 1939 r., (w:) „Żyrardowski Rocznik Muzealny”, Rok IV, Nr 5, 1996, s. 46, 49; T. Kraszewski, To…., s. 61.
(120) W. Bronicz, Żołnierski szpital, (w:) „Wiadomości Skierniewickie”, nr 12(439) z dn. 23 III 1989 r.; H. Zaczkowski, S. Janicki, op. cit., s. 20; L. Nawrocki, Nieznany szpital, (w:) „Ziemia Sochaczewska”, nr 38 (193) z dn. 25 IX 1994 r.; Szpital…, s. 57, 73.