Zajrzyj do „Szuflady”

0
28

Kiedy już przeminie szał świątecznych przygotowań i nadejdzie czas odpoczynku, polecamy lekturę tekstów nagrodzonych w I Powiatowym Konkursie Literackim „Szuflada”, zorganizowanym online przez Teresiński Ośrodek Kultury. Sami państwo stwierdzicie, że mamy niezwykle utalentowanych mieszkańców.

Jednym z jurorów konkursu była nasza redakcyjna koleżanka Jolanta Śmielak-Sosnowska, która wysoko ocenia konkurs i nagrodzone prace. – O tym, że „Szuflada” odkryła wspaniałe lokalne talenty świadczy fakt nagrodzenia lub wyróżnienia tak dużej grupy prac. A były one bardzo różnorodne co do formy i tematyki, niektóre bardzo osobiste, inne fascynowały fabułą lub poetyckimi odniesieniami – mówi jurorka.

Uczestnikami byli zarówno bardzo młodzi ludzie, jak i seniorzy z sochaczewskich placówek pomocowych, dlatego organizatorzy już dziś zapowiadają, że konkurs na stałe wejdzie do kalendarza imprez TOK-u.

My tymczasem zachęcamy do lektury prac, a może chwycenia za pióra i pochwalenia się w przyszłości własną twórczością.

———————————————————————————-

Dziwny jest ten świat

Will robił to, co miał w zwyczaju robić już od kilku długich miesięcy. Siedział wygodnie na swoim fotelu, spoglądając na świat przez rozbite okno. Rozrzucone po podłodze kawałki szkła odbijały promienie słońca, rozświetlając pomieszczenie. Trwał w całkowitej ciszy, nie zwracając uwagi na gołębie panoszące się w mieszkaniu. Dźwięk melodii wdarł się do środka wraz z trzaskiem drzwi. Spróchniałe deski zaskrzypiały w takt wybijany twardą podeszwą butów. Spłoszone ptactwo poderwało się do ucieczki, wylatując całą chmarą na zewnątrz.

– Nawet nie wiesz, jak się dzisiaj obłowiłem – zawołał radośnie Peter, kładąc torby na kuchennym blacie. Rozciągnął się przeciągle, nucąc pod nosem melodię z ich dzieciństwa. Zakręcił pokrętłem kuchenki, puszczając gaz.

– Pamiętasz taki jeden supermarket nieopodal plaży? Ten, który reklamował się zawsze świeżym żarciem i ekstremalnie niskimi cenami? Z robalem w logo? Okazało się, że dranie mieli pancerną chłodnię. Trochę zajęło mi otworzenie drzwi, ale co ja tam zobaczyłem. Upchnęli tam dosłownie wszystko, co mogli. Sam zobacz, co znalazłem.

Rzucił mu na kolana torbę cukierków, tych samych, którymi zajadali się zanim świat oszalał.

– Pamiętam, jak je uwielbiałeś, więc ogarnąłem ci trochę. Chociaż powiem ci, że z początku zapowiadało się na całkowitą klęskę. Uwierz mi, na ulicach wręcz roi się od różnych świrów. A od kiedy trzy tygodnie do tyłu wybito ten batalion Francuzów przy głównej ulicy, to naprawdę łatwo wyrwać kulkę.

Chwycił za krzesło i ustawił je naprzeciwko Willa. Ściskał w dłoni przestarzały rewolwer ich ojca. Ponawiane w kółko lekcje strzelectwa wreszcie zaczęły się przydawać. Wyryte gdzieś głęboko odruchy, powtarzane dziesiątki, setki razy pod surowym wzrokiem staruszka dały o sobie znać. Peter wymierzył broń w brata i odciągnął kurek.

– Jak myślisz, ile zajmuje naciśnięcie spustu? Chwilę? Dwie? Wieczność? A co jeśli po drugiej stronie lufy jest człowiek? – Głos zaczął mu się załamywać. Niedbałym ruchem dłoni odgarnął kosmyk jasnych włosów, odsłaniając przekrwione oczy. Podmuch powietrza wdarł się do pokoju przez rozbite okno. William przechylił lekko głowę, jakby nasłuchiwał słów brata.

– Ktoś, kto tak jak ty czuje, oddycha… marzy? Ktoś, w kim krąży ta sama krew, bije to samo serce? Czy strzeliłbyś? Gdybyś musiał przetrwać za wszelką cenę, strzeliłbyś? Gdyby ten ktoś również w ciebie celował, czy strzeliłbyś? Nawet jeśli patrzyłyby na to jego dzieci, nawet gdybyś je również musiał odstrzelić!?

Poderwał się gwałtownie, odtrącając z furią krzesło. Przegniły mebel rozpadł się na kawałki. Peter zaczął przechadzać się po pomieszczeniu, wymachując bronią na prawo i lewo. Spuchnięte wargi szeptały niezrozumiałe słowa.

– Wspaniali Bliźniacy Bellicton… Tak właśnie nas nazywali. Identyczni niczym dwie krople wody, geniusze w sporcie i nauce, doskonali w każdym calu. Byliśmy niczym jeden człowiek w dwóch ciałach. Dwie perfekcyjne połowy. Nasze twarze, głosy, a nawet myśli były identyczne. Pierwszy niezdolny żyć bez drugiego, ani drugi bez pierwszego. Tak więc dlaczego zostawiłeś mnie samego, Willy? Dlaczego zmusiłeś mnie do dźwigania tego ciężaru? To ja przez ostatnie miesiące walczyłem o nasze przetrwanie, wówczas gdy ty wylegiwałeś się na tym cholernym fotelu. Czemu wciąż milczysz?

Blondyn stanął naprzeciwko brata, przykładając mu lufę do czoła. Rozżarzone płomieniem emocji spojrzenie spotkało się z chłodem pustych, pozbawionych życia oczu. Blada, zgniła skóra zwisała smętnie z rozerwanego policzka. Pozbawione nóg, mocno już nadgniłe ciało pokryte było strzępami zwęglonych ubrań.

– Odezwij się wreszcie… Odpowiadaj! Broń wypaliła. Ołowiany pocisk przebił czaszkę, siła wystrzału szarpnęła głową Willa. Zmurszałe ścięgna puściły, kręgi odłączyły się uwalniając głowę od ciężaru korpusu. Peter wyjrzał przez okno. Słońce chyliło się ku zachodowi, zwiastując śmierć dnia i narodziny nocy. Jaśniejący w oddali blask pożarów zwiastował kolejną bitwę między armią a anarchistami.

– Ostatnimi czasy łatwo dostać kulkę, co? – parsknął śmiechem, przykładając broń do skroni. Zakręcił bębnem rewolweru. – Poczekaj jeszcze trochę Willy, za chwilę znowu się zobaczymy.

Huk wstrząsnął okolicą. Spłoszone ptactwo desperacko poderwało się do lotu. Tamtej nocy stary, wyniszczony budynek rozpadł się pośród tańczących płomieni. I już tylko ludzie, którzy czasem odwiedzają tę okolicę, wspominają o bezgłowym ciele majaczącym wśród zgliszczy.

———————————————————————————-

 

Patrzę na mój dzisiejszy świat nie tylko własnymi oczyma. Życiowe doświadczenie to zupełnie za mało. Dzieci i ich dojrzałość pozwalają mi na szersze horyzonty.

Kiedy przed laty moje dni wypełniała praca, dbanie o dom i wychowywanie trójki małych dzieci, a przy tym borykanie się z niedostatkiem na wielu płaszczyznach naszego rodzinnego życia, wszystko wydawało się takie przewidywalne i zarazem ograniczone.

Lato pachniało pięknym warzywnym ogrodem, którego grządki przeplatane były cyniami, nagietkami i astrami. Pędy malin zwieszały się chyląc pachnące, dojrzałe w pięknym, kresowym słońcu owoce, niemal wprost do blaszanych kubeczków naszych małych, rozbrykanych dziewczynek.

Zima była zawsze sroga. Podczas niedzielnych mszy świętych, w wiejskiej kaplicy siła wiary poddawana była niejednokrotnie próbie. Nikt nie myślał o tym, że może być inaczej. Dzieci niczym rumiane jabłuszka stały grzecznie albo tuliły się do nas.

Pewnie trudno byłoby znaleźć odwagę na zmianę gdyby ona sama nie runęła nam na głowę.

Kiedy po wprowadzeniu reformy szkolnictwa musieliśmy wraz z mężem zmierzyć się z przyjęciem wypowiedzenia z pracy, z rąk przyjaciółki, nie było łatwo znaleźć drogę do słońca.

Wokół byli sami znajomi i przyjaciele, z otwartym sercem, lecz tak samo bezradni w tej beznadziei jak my.

Wyjazd do pracy, za granicę, wydawał się jedynym rozwiązaniem. Emigrowaliśmy z mężem na zmianę, czasami zabierając dzieci. Trudno opisać emocje, które były nieodłącznym towarzyszem tych rozstań. Zarobione pieniądze łatwo można było policzyć ale tego co odeszło, minęło, stracone, już nie.

Nigdy nie sięgnęliśmy po pomoc społeczną, publiczną lub inną. Byliśmy dumni, że ta głęboka studnia, do której wpadliśmy, miała tak długą drabinę, po szczeblach której dało się wyjść na powierzchnię.

W Niemczech spotykaliśmy dobrych i mądrych ludzi. Nawiązane relacje się umacniały, pozwalały na zwierzanie się z życiowych dylematów. To tam podejmowaliśmy trudne decyzje i tam znajdowaliśmy wsparcie.

Lata mijały, przemieszczaliśmy się pomiędzy polskimi kresami wschodnimi, Niemcami i Mazowszem. Dzieci dorastały, studiowały, rozwijały swoje zainteresowania i pasje. Szukały swoich życiowych, czasem niełatwych dróg a nade wszystko kształtowały swoje poglądy.

Dorastanie pokolenia naszych córek odbywało się w państwie demokratycznym, wolnym i otwartym.. Pozwoliło im na poznanie ludzi z całego świata, na poznanie innych kontynentów i innych kultur. Wielobarwny świat tych młodych zawsze emanował i zarażał nadzieją.

Podczas rodzinnych spotkań nierzadko seniorzy rodziny patrząc na piękną wschodzącą młodość z dumą mawiali:

– To jest przyszłość naszego narodu.

Łza nie raz i niejedna spadła nam ze szczerego wzruszenia.

A ta ich spontaniczność, szacunek do pracy i do innych ludzi, dobroć i empatia czy zaangażowanie w akcje charytatywne pozwalały nam poznawać ich przyjaciół, którzy wiele razy stawali się naszymi dobrymi znajomymi.

To dzięki naszym dzieciom z najmłodszą Antosią jesteśmy przez całe jej życie wiernymi wolontariuszkami WOŚP. Każdego roku wraz z mężem przeżywamy ten dzień jak prawdziwe święto dobroci i miłości.

Patrząc wstecz na nasze życie, staramy się każdy dzisiejszy dzień doceniać. Dzielimy się z innymi wszystkim co mamy najcenniejsze; naszą pracą, pasjami, naszym sercem. Znamy smak niedostatku, ciężar śmiertelnej choroby, wartość pracy, los tułaczy czy budowanie nowej tożsamości.

To wszystko krzepi i dodaje sił ale jednocześnie uczy pokory, pozwala zrozumieć głodnego czy zupełnie innego.

Cały nasz optymizm jednak kruszy się pod nogami tych którzy chcą nam po tylu latach wytyczyć nową drogę.

Kiedy podróżowaliśmy do Niemiec wówczas Polska nie była jeszcze członkiem Unii Europejskiej. Często żartujemy, że byliśmy tam pierwsi. To tam nasi przyjaciele mówili:

– U nas zawsze będą dla Was i Waszych dzieci drzwi otwarte, Zawsze będziecie też mogli przyjechać do pracy. Jednak pamiętajcie, że gdy wszyscy wyjadą to trudno będzie o zmiany na lepsze w Waszym kraju.

Mieliśmy też liczne propozycje pozostania na obczyźnie. Wybraliśmy Polskę.

Ostatnie miesiące skłaniają nas, każdego dnia, do głębokich refleksji.

Kiedy w rodzinnych domach coraz częściej siada się przy ,,pękniętym,, , podzielonym stole, to optymizm miesza się z goryczą.

Niepojęte staje się to, że stratę dziecka, którą noszę od 20 lat w sercu. ktoś z pozycji urzędnika próbuje ocenić, zmierzyć….

Za mnie zdecydował Bóg, nie stawiając mnie przed wyborem.

Podczas gdy zapach dopiekającego się domowego chleba wypełnia cały dom, słyszę, że medycy nie angażują się zbyt mocno w swoją pracę. Ja wiem, że nasze dziecko, w tym samym czasie w pełnym rynsztunku covidowym czuwa w szpitalu, na intensywnej terapii, przy łóżku umierającej osoby.

Wiele kilometrów dalej układają się do snu nasze wnuki a córka pisze listy do polityków i mówi do mnie:

– Piszę, bo przecież z 3- miesięczną Apolonią przy piersi, protestować na ulicę nie wyjdę.

Z jeszcze dalszych zakątków kolejna córka przesyła zdjęcie i tylko jedno zdanie

– Było nas dużo.

Wszystkie jeszcze mają nadzieję, że będzie normalnie i że będzie przepięknie.

A my spoconymi oczyma wypatrujemy lepszego jutra. Wierzymy, że nadejdzie.

———————————————————————————-

MACIERZYŃSTWO

 

Pozbawiam życia włosy w łazience.

Kobieca precyzja ustąpiła męskim ostrzom.

Ograniczam ilość ruchów-

Ale nogi płaczą karminem.

Dlaczego patrzysz?

 

Usuwam z głowy resztki dnia poprzedniego,

Włosy plączą się, myśli kłębią a języki mieszają.

Zegar przyspiesza.

Dlaczego czekasz?

 

Zmiatam niezamiecione,

Oddzielam potrzebne od niepotrzebnych

Usuwam z podłogi kolejne zbędne piętra Marzeń.

Dlaczego utrudniasz?

 

Zabierasz powietrze.

Ale przecież jesteś.

———————————————————————————-

PARAGON I MASKA Maja Majewska

Wylatujesz!

Słowa dalej pobrzmiewały echem, jak w pustej jaskini. Bolały go plecy. Bolała go głowa. Czuł jakby coś wwiercało mu się do środka próbując ją jednocześnie rozsadzić. Obraz rozmywał się przed oczami. Kolorowe plamy zlewały się w jedną wielką, niewyraźną całość. Może i nie widział w tym momencie za wiele, ale nos go nie zawodził. Czuć było silny zapach igieł sosnowych. Czyli był w lesie. Aureliusz mógł postarać się o coś oryginalniejszego. Chociażby jakiś krater wulkanu, pustynia może? Cokolwiek. Ewidentnie brak mu było wyobraźni. O co właściwie poszło? Dezydery -brunet o piwnych oczach, który zginął podczas burzy na szlaku górskim, trafił do Nieba. Wbrew wszelkim wyobrażeniom ludzkim, to wcale nie jest tak, że robi się to co chce, jak chce i kiedy chce. Tam również istnieją zasady, reguły i ograniczenia. Lista ich się dłuży i dłuży, słowem; do wyrzygania. Głównym zadaniem zmarłych zjaw jest pełnienie funkcji Stróża nad jednym człowiekiem, bądź całą rodziną –w zależności od posiadanego doświadczenia i rangi. Dezydery jednak do pracowitych nie należy i najzwyczajniej w świecie się urywał, obijał, czy po prostu lekceważył wydawane polecenia. Nic więc dziwnego, gdy pewnego dnia, jego szef –Aureliusz go zwolnił. Nie stawiajmy oczywiście przełożonego w złym świetle. Dawał mu „drugą szansę”. Nawet wiele razy, po prostu z nich nie skorzystał –na własną niekorzyść. Była to dla anioła największa zniewaga. Spadało się z niebiańskiej rangi, na zwykłe, przyziemne widmo. Tak więc obecnie wyglądała jego przyszłość. Snucie się bez celu po świecie w nieskończoność.

 

Zasłonił ręką twarz, przepuszczając tylko drobne promienie słońca. Oczy wciąż nie mogły się przyzwyczaić. Gdy je otwierałem miliony jasnych, oślepiających plamek lawirowało przed nimi, nie pozwalając zobaczyć czegokolwiek. Przeklęte słońce.

Okolica była spokojna. Roiło się od drzew iglastych, aczkolwiek las był mieszany i tu i ówdzie rosła sobie niewinnie jakaś brzózka, lipa, czy dąbek. A i traw nie brakowało! Trawska wciskały się gdzie tylko mogły, starając się przejąć dominację w lesie. Powoli rozchylał oczy, mrugając przy tym szybko. Im szybciej się oswoić, tym lepiej. Jęknął cicho dźwigając się do siadu. Przeszywający ból głowy znowu się odezwał uderzając piorunem. W tym samym momencie dotarło do niego, że cały czas ma w ręku maskę. Jak można było tego nie zauważyć? Maska była kształtu twarzy, wyglądała jakby była z metalu, w rzeczywistości była z tworzywa zupełnie niepodobnego raz to twardego, raz miękkiego, w zależności jak się ją trzymało. Każdy Anioł schodząc na ziemię, miał obowiązek zakrywania twarzy. Styl maski był zależny od rangi. Ta, którą trzymałem w ręku była podrapana, obklejona, popękana i wyglądało na to, że dużo przeszła. Mimo to, ten stary brudny, niezadbany grat, o pożółkłych brzegach wywołał silny wstrząs. Każdy zewnętrzny obserwator mógłby zauważyć, że oczy widma zasnuła mgła. Gdyby jednak byłby to niezwykle spostrzegawczy, ktoś więcej niż przeciętny zjadacz chleba, zauważyłby, że nie jest to mgła, jaką mają w oczach trupy. Była to swego rodzaju mgła smutku, posiadająca taki jeden szczególny błysk. Pogładził jedno z pęknięć. Gładka, matowa powierzchnia była chłodna w dotyku. W tamtym momencie coś w nim pękło. Sprzeczne uczucia zmieszały się ze sobą, jak w wielkim garze. Wszystkie się zagotowały wytwarzając własne aromaty. Ta mieszanka toczyła walkę z własnymi jej składnikami. Obraz bliskich, śmiech, płacz, ich troska, złość, nienawiść i zmieszanie. Emocje się ze sobą zderzały tworząc ściany deszczu. Po policzku spłynęła łza wielka jak groch.. Między palce weszły miękkie źdźbła trawy. Włosy przykleiły się do twarzy. Nie dbał o to.
Przeklęty Aureliusz. Przeklęte prawo. Przeklęci bliscy. Przeklęta śmierć. Przeklęty świat. Przeklęte emocje. Przeklinał wszystko. Cisnął maską w ziemię łapiąc się za głowę. Miał dość. Dość tego nieśmiesznego cyrku.

W tym całym zamieszaniu był jeden obserwator. Jedno niewinne stworzenie nierozumiejące tragizmu sytuacji, przypatrywało się temu wszystkiemu nie odzywając się słowem. Chował się w pobliskich krzakach spoglądając na tajemniczego kogoś z zaciekawieniem. No właśnie, spoglądał! Więc musiał widzieć zjawę! Ten właśnie stwór wypełzł ze swojej kryjówki zmierzając do załamanego, na wpół zwęglonego jegomościa, po czym zatrzymała się tuż przed jego oczami bezczelnie się przyglądając. W tym momencie wymaga wyjaśnienia, że ów obserwator nie był żadną istotą człekokształtną. A był to wężyk grubości palca i długi od łokcia, po czubki palców W pierwszej chwili Dezydery skamieniał przyglądając się gadowi. Gad zrobił to samo. —Na co się gapisz? —wyburczał drżącym głosem nastolatek, ocierając opuchnięte oczy z łez. Czuł się już lepiej, po tym jak się wypłakał. Przestań się mazać –skarcił się w myślach. Wężyk w odpowiedzi przechylił łepek nic nie rozumiejąc z paplaniny chłopaka. Podpełzł bliżej zwijając się w kłębek nieśmiało.

 

—Czekaj chwilę. . . —wymamrotał grzebiąc w tylnej kieszeni spodni. Wyjął z niej paragon, najzwyklejszy w świecie. Zaczął z niezwykłym skupieniem składać świstek w jakąś konstrukcję, a ta nabierała kształtu. Po chwili w jego ręku zamiast paragonu była mała czapeczka. Podniósł węża w dwa palce rozwijając go z jego zwiniętej formy. Umieścił czapeczkę na jego łebku uśmiechając się czule.

 

—gotowe.

———————————————————————————-

Inga Ert-Eberdt, wiersz na konkurs

Mnie skrzypka

nauczono grać proste etiudy,

ale nikt nie powiedział,

że mogę być dyrygentem.

 

Bym mógł jednym gestem

wywołać najgłębsze wspomnienia,

władając orkiestrą jak wojskiem.

 

Mnie artyście

zabroniono tworzyć,

a mogłem stworzyć coś,

co poruszyłoby niebo i ziemię.

 

Mnie maratończyka

zatrzymano, bym nie mógł biec,

a mogłem być pierwszy na mecie.

 

Mnie

zakazano odkrywać,

a mogłem poznać lepiej ten świat.

Zmieniłbym może coś dla nas.

 

Siedziałem w cieniu,

a mogłem być w blasku słońca.

Poczuć jego ciepło,

a czułem chłód

i ogarniającą mnie ciemność.

 

Mogłem być kimś wielkim,

ale bałem się życia.

Odchodzę z żalem

z bagażem wspomnień w ręku

radość ostatnich dni

zostawiam w spokoju

zachowam w pamięci, z bólem serca

ostatnie uśmiechy, łzy szczęścia, śmiech

to miłe ukłucie serca, kiedy ktoś bardzo bliski cię zobaczy

zazdrość i złość

tobie zostawiam

Nie dzielą mnie minuty, sekundy ani lata świetlne

od tego, co było

na nic mi medale

gromkie brawa i toasty

jak nic z tego nie zostanie

 

———————————————————————————-

,,Oda do pandemii” (parodia do wiersza ,,Litwo, Ojczyzno moja”)

Maseczko, ochrono moja! ty jesteś jak zdrowie,

ile cię trzeba nosić? ten tylko się dowie,

kto cię kupił! Dziś piękność twą w całej ozdobie

widzę i noszę…niestety na sobie.

 

O Matko Święta! to ja bronię mojej zdrowej głowy!?

na ulicy czy w bramie?! dbam o spokój domowy.

Wspaniałomyślnie idę z moją wierną rodziną,

robić zakupy babci z uśmiechniętą miną.

 

Gdy od płaczącej babci, listę życzeń zgubiłem,

ofiarowaną w pocie czoła…co ja narobiłem?!

Więc udając się pieszo, do Jej domu od progu,

proszę o drugą szansę, o tę listę znowu!

 

Tak mnie zawróciłaś cudem, na sklepiku łono!…

Tymczasem…? toć 10-ta! stąd mnie zawrócono!!!

Do tych zakątków domowych, do tych ulic puściutkich,

podążam pod błękitnym niebem, po chodnikach szarutkich.

 

Do tych ścian malowanych kolorem zielonym,

do tych prac domowych, do posiłków upragnionych!

Gdzie bursztynowy mop, czeka na mnie w łazience,

gdzie mama da mi ciastko za umyte ręce.

Rodzice na kanapie przed dziennikiem siedzą,

oglądają telewizję i już…nic nie wiedzą…

Autor: Filip Kukawski kl. VIa

Szkoła Podstawowa nr.3 im. Bolesława Krzywoustego w Sochaczewie

———————————————————————————-

Siedzę…, siedzę i myślę. Przemyślam…, myślę…, a niech będzie jak chce……… Zastanawiam się… Jestem 13-latkiem. Mam na imię Kuba-Jakub, jakich pełno na tym świecie. Podsumujmy: Jakub lat 13, normalny chłopak, nastolatek. Marzę, jak większość moich rówieśników. O czym marzę? O komputerze, o full wypas komputerze, a właściwie marzę o ,,Predatorze”. Hmmm, co ja bym na nim robił, a czego nie robił???… Grał, siedział i grał! Grał całe dnie i całe noce. Testowałbym jego możliwości i zwiększał swoje skille. Myślę, że chciałbym też mieć sportowy wóz, Bugatti Veyron Super Sport w kolorze czerwonym. I ta jego prędkość… Hmmm… Ale, czy to są moje marzenia? Jawa? A może sen?

Budzę się. Otwieram oczy, gdzie ja jestem? Gdzie mój komputer, gdzie ,,szybka bryka”? Rozglądam się, coś jest nie tak. Na pewno nie jestem w domu, to nie jest mój pokój, otoczenie jakoś mi mało znane. Ściany w kolorze żółto- kremowym, mocne jarzeniowe światło, biały sufit, obok łóżka siedzi moja mama. No tak, już wiem. Jestem w szpitalu, czar prysł… Predator wyparował, Bugatti znikł. Jestem ja- zwyczajny chłopak, leżę w łóżku szpitalnym. Poruszam się, chcę się podnieść i nic z tego. Coś mi ciąży. Mama zauważa ruch, pyta jak się czuję, czy coś mnie boli? Czuję…, jak ja się czuję? Czy ja czuję? Co ja właściwie czuję? Co mam odpowiedzieć? Niewiele czuję, ale próbuję się podnieść. Mama mi pomaga. Podnoszę głowę, spoglądam na nogi. Nic nie czuję! Póki co, nic nie czuję… Widzę! No tak, widzę zabandażowane nogi. Z bandaży wystają druty, śruby, jakieś kosmiczne obręcze… Halo tu kosmos!….Kosmici atakują!….Śmieszne, bardzo śmieszne…. Jaki kosmos? Jacy kosmici? – to ja: zwyczajny chłopak, najzwyczajniejszy 13-letni Kuba, Kubuś – jak kto woli. Kuba z obręczami na nogach. Chłopak, który ma marzenia, jak każdy na tym świecie i tak bardzo chce, aby te marzenia się spełniły – marzenia o normalności, marzenia o kolejnych 6 centymetrach wzrostu. Marzenia nie o wypasionym komputerze (chociaż to też), wcale nie o szybkich samochodach, czy o ładnych dziewczynach, tylko o tym, abym jak najszybciej ściągnęli mi te blachy, obręcze i śruby i abym był normalnego wzrostu….. Chcę stąd uciec, zwiać. Nic z tego! Dorwą mnie! Namierzą szybko. Jak twierdzi doktor, jestem zbyt cenny. Te aparaty to wartość niezłego samochodu, a o komputerze nie wspominając. Marzenia… ech, czasami lepiej nie marzyć, bo marzenia mogą się spełnić.